Zdarzenia przeganiają się na wzajem wydeptując przy okazji głębokie ślady podeszew na mojej twarzy. Trywialne i doniosłe. Ale w nadmiarze. O tak, o czym może świadczyć uczucie wiecznego kaca, bez kropli nawet wina do kolacji, czy przyjacielskiego piwa. Po kolei zatem. Poniedziałek przebiegł niezbyt poniedziałczanie, spokojnie, nawet z pewnym lenistwem rozciąganiem czasoprzestrzeni...Kolokwium być miało i nie było i z treningu się uciekło, a to się pracy nie zrobiło, ponarzekało się i pochichotało nastolatkowo z Dor. Z nocy świat przeszedł nagłą odmianę. Niewykorzystane krople wydarzeń spłynęły ze ścianek niedopitego poniedziałku i eksplodowały o poranku dźwiękiem budzika o 6.15. Szybkie przetarcie oczu. Interesowna modlitwa grzesznicy w błękitnej piżamie z dziurawą nogawką. Śniadanie spożyte bardzo niezdrowo w towarzystwie laptopa i testów na prawo jazdy nie zostało zdaje się szczególnie dobrze przyjęte przez układ pokarmowy. Właściwie nie zostało przezeń zauważone. Podobnie jak droga na egzamin nie została zauważona przeze mnie. Znad podręcznika wyrwało mnie głośny bit i fraza "Trener Szewczyk..." wypowiedziana z charakterystycznym brakiem "r". Oho. Któż to słucha Afrokolektywu o 8.30 rano w autobusie podmiejskim? Dziędbry, kolego. Witanie zadziwione. Gadanie potłuczonej z potłuczonym. Dzieciaki z jednej ulicy - od lat jacyś jesteśmy za dobrzy, za normalni, za ludzcy. I jakimś cudem wciąż wpadamy na siebie. To pomaga- żołądek nie jest już pralką automatyczną w stresowym trybie wirowania. Ulica się słoneczni. Nieprzyzwoicie wiosennie. Aż spódnicy się zachciewa. I nowych balerinek, rzecz jasna.
Potem to już tylko rozładowywanie napięcia za pomocą Pytonów i "Always look on the bright side of life..." z rozpoznawaniem drzewek w okolicach ośrodka egzaminowania kierowców. Udaje się- 16\18. Szybko szybko. Nie mogę się spóźnić na dendrologię. Kolos u Pana Magistra Maybe-You-Proszę-Pani. Jaki kolos? Wolne żarty. nauki zero. Od dawna tak rzeczy nie olewałam. Do domu do domu. Projektować. Kreślić. Pakować.
Wydarzenia bowiem przesypuja się w klepsydrze dni coraz szybciej i szybciej. Środa jest dniem biegów przełajowych i zamarzniętych stóp. I zaskoczeń.
Pająk na głowie pani dr czy też dr hab. Zamknięte drzwi. Gniecenia papieru zamiast formowania rabatek. Deszcz, grad. Doprawdy urwanie parasola.
I tu zaczyna się dorosłość niestety. Klepsydra się przesypała i czas ją odwrócić.
Od roku nie mówiłam po francusku, aż tu nagle idzie mi mówić o sobie i o swoich zainteresowaniach. Szkoda, że tyle musiałam pominąć, bo nie pamiętałam jak się co mówi.
Szkoda, że kolczyki z Audrey są zbyt ekstrawganckie jak na galerię sztuki współczesnej. Ale udaje się. Znowu!
Boże, widzisz to i nie grzmisz? Przypałętała się taka o, puch marny. Raz poprosi " Boże, wiesz pomóż mi trochę, co?". A Ty? Pomagasz. Takiej Vanitas Vanitatum. Skandal. I czemu? Żebym nadal sobie grzeszyła tak na boczku udając, że jest wszystko OK.
Albo żebym musiała patrzeć na Pałac Kultury z okna Galerii i musieć Ci dziękować na poprzednie spełnione "Boże, pomóż mi trochę".
Albo żeby mi nogi odpadały po pierwszym dniu pracy.
Tyle tego, że nawet nie pamiętam, gdzie się podziała ta gimnazjalna Nieśmiałostka płacząca u stóp głośnika, z którego grzmocił i łkał Opeth.
Dobranoc. Skołowanam.
P.S. Tu bolą nogi.
piątek, 14 marca 2008
piątek, 7 marca 2008
Strach i ekstaza
-Jestem doprawdy doskonałą uczenniczką.-stwierdzam o godzinie 10.15 siadając do przenudnego zakuwania skał i kruszyw. Z prawdziwie pensjonarskim zacięciem robię skrupulatne wykresiki, konspekt podkreślam różowym flamastrem, podczas gdy nad uchem brzęczy nieznośnie nosowa gadanina Tosz. Po zarzuceniu biurka tomiszczami dotyczącymi materiałoznawstwa uświadamiam sobie, że definitywnie nie ma szans, żeby wyrobić się ze wszystkim. No bo te bazalty, granity, klińce i łupkoporyty, i projektowanie (jako że dorobiona ideologia nie zawsze wystarcza), i angielski tak nudny, że grawitacja silniej działać zaczyna na powieki. Egzamin na prawo jazdy. Kolaż. Strach. To właśnie strach. Uspokojenie przynieść może gwarancja "poradzeniasobie", ale tego produktu nie sprzedają w wersji studenckiej. Podstawowe akcesoria w pakiecie SS (Studencki Strach) to WszystkonaRAZ 2008, Ambicje 4.2, Tęskno T.A., o Poźnych-Powrotach nie wspominając. I co tu zrobić bez niezbędnego elementu zapewniającego stabilność systemu, czyli plug-inu Ukochany K.M. 89?
Czas na reset.
P.S. Może uda się przemianować moją Egzystencję nie-freeware. To jest nadzieja. A ekstaza jest w szaleńczym doszkalaniu się w polskiej sztuce współczesnej.
Z tej okazji polecam:Stasys Eidrigeviciusa.
Czas na reset.
P.S. Może uda się przemianować moją Egzystencję nie-freeware. To jest nadzieja. A ekstaza jest w szaleńczym doszkalaniu się w polskiej sztuce współczesnej.
Z tej okazji polecam:Stasys Eidrigeviciusa.
![]() ![]() Zdaje się, że przeniosę się tu na stałe, więc za kilka dni blog zmieni nazwę na http://paralela.blogspot.com |
wtorek, 4 marca 2008
Nowe głosy
Dzień zamyka się w ramach Chasing pavements Adele. Raz rano przy wyjściu z domu, raz wieczorem- przy powrocie. Dawkowanie ostrożne, żeby się przypadkiem piękne dźwięki nie przejadły. Po drodze- miedzy zajęciami, na wietrznych trawnikach pod chmurami, które obalają budynki- Best For Last, Right As A Rain, Cold Shoulder. Nucąco rzecz jasna, cichutko, między szalikiem a czapką. Oczy mrużę od oszukanego słońce (nie grzeje wszak wcale) i podryguję. A jako polewa cytrynowa pani Nash Katarzyna, która jest so bitter (ach ten wspaniały akcent). Wszystko razem- Kobiety z wysp w uszach, oszukana pogoda i Bellis perennis, które mróz dzisiejszy zamorduje- stanowi esencję przedwiośnia.
Prawdę mówiąc to już mam go dosyć. Zachciewa mi się maja. Dużo wolnego czasu. Parków żoliboskich i praskich. Zawodowo i prywatnie mi się zachciewa. Ale...mogę sie tylko modlić o słońce. I tyle.
Prawdę mówiąc to już mam go dosyć. Zachciewa mi się maja. Dużo wolnego czasu. Parków żoliboskich i praskich. Zawodowo i prywatnie mi się zachciewa. Ale...mogę sie tylko modlić o słońce. I tyle.
niedziela, 24 lutego 2008
Tworzenie.
Zachciało się twórczości synkretycznej- wszystkiego na raz. Zachciało się ekologicznych koszy na śmieci podczas kazania w kościele. Zachciało się zamieszkać w wypalonej dziupli starej lipy i pisać tam naturalną poezję. Bo kora przecież taki pierwotny ma rysunek, a temperatura wiosenna zachęca do wzrastania, ambicji w kolorze jasnej zieleni. Ale co z tego? Nic. Niemoc typowo romantyczna. Cholerny Werter ciągnie się za mną i uniemożliwia: sadza przed ekranem i karze rozmieniać wielkie plany na drobne.
-Przejmę władzę nad światem i wszystko będzie piękne-myślę i pompatycznie wznoszę prawicę ku niebu-Ale najpierw napiszę maila.
I tak kończą się wiekopomne dzieła, pragnienie przejścia do historii, sława u potomnych i zmieniony na lepsze świat. Może to i dobrze- czasem bywam doprawdy zbyt totalitarna. Chciałabym, żeby było oryginalnie, na nowo, pięknie...Tylko, że szanowna Marto Dyktatorko, gdyby wszyscy byli szczególni i jedyni w swoim rodzaju, w rzeczywistości byliby tacy sami. Koło się zamyka. Kończę więc prowadzące donikąd rozważania o Wielkich Planach, a zajmę się tymi mniejszymi- format 24x40. Gdyby chociaż to mi wyszło...
A w głośnikach Buoskie Dziadygi z Kuby. Thanks to K.
-Przejmę władzę nad światem i wszystko będzie piękne-myślę i pompatycznie wznoszę prawicę ku niebu-Ale najpierw napiszę maila.
I tak kończą się wiekopomne dzieła, pragnienie przejścia do historii, sława u potomnych i zmieniony na lepsze świat. Może to i dobrze- czasem bywam doprawdy zbyt totalitarna. Chciałabym, żeby było oryginalnie, na nowo, pięknie...Tylko, że szanowna Marto Dyktatorko, gdyby wszyscy byli szczególni i jedyni w swoim rodzaju, w rzeczywistości byliby tacy sami. Koło się zamyka. Kończę więc prowadzące donikąd rozważania o Wielkich Planach, a zajmę się tymi mniejszymi- format 24x40. Gdyby chociaż to mi wyszło...
A w głośnikach Buoskie Dziadygi z Kuby. Thanks to K.
czwartek, 21 lutego 2008
Podróżnie
Wykręcając sobie kostki na niewysokim obcasie biegnę do autobusu zbawiennej linii 709. (Nie pierwszy raz, z resztą). Biegnę obładowana nomadycznie torbami, z których osypują się na ziemię mokre ręczniki, notesy zabazgrane, futerały z zawartością, papierki po batonach życie ratujących. Kocim susem dopadam wąskiej szczeliny trzeszczących drzwi, które zaraz za moimi plecami zamykają się z łoskotem rozpadającego się tankowca. Dalej jak zawsze przepychanka, która pozostawia metaliczny posmak egoizmu w ustach; trącanie łokciami, bieg do opustoszałego fotela obciągniętego sztuczną skórą itd. itd. Zwykła kolej rzeczy. Nic niezwykłego dla pasażera autobusów podmiejskich. Jedno się zmienia, nigdy nie jest takie samo - ludzie. Tu można ich sobie obejrzeć jak motyle zza szyby gabloty. Więcej- wieko daje się otworzyć i każdy okaz całkiem niemuzealnie dotknąć, powąchać, strząsnąć oddechem pyłek ze skrzydeł.
Zza ramienia dziewczyny w beżowym płaszczu wyfrunął prawdziwy unikat. Gładka właściwie twarz o jasnej lekko błyszczącej skórze obrzeżona pasmami ciemnych włosów i linią śliwkowego beretu, ujęta w srebrzyste obręcze okularów ma szczególny wyraz. Pokazuje BRAK. Czerwona linia ust wygięta w łuk ku górze pociągnąć musiała za sobą sporą część materii twarzy, w ten sposób pasmo od warg do brody stało się wyrazem braku ciała. Po bokach zabrana środkowi masa rozlała się w analogiczne łuki skierowane jednak ku dołowi, a to oznacza bezwładność naszych mięsistych tkanek wobec grawitacji. Oznacza brak woli w naszych twarzach. Całość tej wieloznacznej harmonii dopełniają kąciki oczu wiernie podążające na opadłymi policzkami - płynna czerń w samym swoim kształcie mająca coś z łzy. Oczy predestynowane do płaczu.
Spojrzała na mnie. Ta twarz sprawiła, że to ja stałam się motylem w gablocie; przebiła mnie wzrokiem, przyszpiliła do miękkiego styropianu. Trzepotałam skrzydłami, a pyłek pytań wzbił się tęczowa chmurą i zawisł pomiędzy nami.
Wiem. Skoro poszczególne elementy twarzy wyrażają brak, to ona sama, w całości także jest brakiem.
Brakiem uśmiechu. To takie proste, prozaiczne. Banał. Banał.
Ale, gdyby odwrócić grymas w pogodną parabolę, wtedy i grawitacyjne, ciężkie ciało z boków powróciłoby na miejsce, i oczy błysnęły by odbijając światło brudnych jarzeniówek. Motyl mógłby pokazać niewidoczną płaszczyznę skrzydeł.
Taki banalny uśmiech.
Ale przecież tego nie powiem. NIE DOTYKAĆ.
Pani wysiadając trąciła moją zieloną, ekologiczną torbę. Pozostawiła na niej ciemnofioletową smugę pyłku.
Zza ramienia dziewczyny w beżowym płaszczu wyfrunął prawdziwy unikat. Gładka właściwie twarz o jasnej lekko błyszczącej skórze obrzeżona pasmami ciemnych włosów i linią śliwkowego beretu, ujęta w srebrzyste obręcze okularów ma szczególny wyraz. Pokazuje BRAK. Czerwona linia ust wygięta w łuk ku górze pociągnąć musiała za sobą sporą część materii twarzy, w ten sposób pasmo od warg do brody stało się wyrazem braku ciała. Po bokach zabrana środkowi masa rozlała się w analogiczne łuki skierowane jednak ku dołowi, a to oznacza bezwładność naszych mięsistych tkanek wobec grawitacji. Oznacza brak woli w naszych twarzach. Całość tej wieloznacznej harmonii dopełniają kąciki oczu wiernie podążające na opadłymi policzkami - płynna czerń w samym swoim kształcie mająca coś z łzy. Oczy predestynowane do płaczu.
Spojrzała na mnie. Ta twarz sprawiła, że to ja stałam się motylem w gablocie; przebiła mnie wzrokiem, przyszpiliła do miękkiego styropianu. Trzepotałam skrzydłami, a pyłek pytań wzbił się tęczowa chmurą i zawisł pomiędzy nami.
Wiem. Skoro poszczególne elementy twarzy wyrażają brak, to ona sama, w całości także jest brakiem.
Brakiem uśmiechu. To takie proste, prozaiczne. Banał. Banał.
Ale, gdyby odwrócić grymas w pogodną parabolę, wtedy i grawitacyjne, ciężkie ciało z boków powróciłoby na miejsce, i oczy błysnęły by odbijając światło brudnych jarzeniówek. Motyl mógłby pokazać niewidoczną płaszczyznę skrzydeł.
Taki banalny uśmiech.
Ale przecież tego nie powiem. NIE DOTYKAĆ.
Pani wysiadając trąciła moją zieloną, ekologiczną torbę. Pozostawiła na niej ciemnofioletową smugę pyłku.
środa, 20 lutego 2008
Autobusy.
Myślenie pozytywne ścieka mi z kącika ust jak ślina podczas snu w autobusie.
Za szybko lub za wolno. Bieg i czekanie. Zamartwianie i rezygnacja przy drzwiach zamykających się tuż przed nosem. Zdaje się, że ostatnio czasoprzestrzeń ma bardzo nieharmonijną kompozycję. -Grzech śmiertelny Architekcie-Krajobrazu-Za-Lat-5!- ganię się i idę dalej czytać Prawiek i inne czasy ażeby stworzyć iluzję czasu wolnego, których już nie ma. Z każdym zdaniem brak równowagi staje sie coraz wyraźniejszy. Jakby z maluchem na jednej huśtawce usiadł dorosły. I bujał się nie bez satysfakcji

To tak a propos braku harmonii. Słowacja still. Tęsknie.
Za szybko lub za wolno. Bieg i czekanie. Zamartwianie i rezygnacja przy drzwiach zamykających się tuż przed nosem. Zdaje się, że ostatnio czasoprzestrzeń ma bardzo nieharmonijną kompozycję. -Grzech śmiertelny Architekcie-Krajobrazu-Za-Lat-5!- ganię się i idę dalej czytać Prawiek i inne czasy ażeby stworzyć iluzję czasu wolnego, których już nie ma. Z każdym zdaniem brak równowagi staje sie coraz wyraźniejszy. Jakby z maluchem na jednej huśtawce usiadł dorosły. I bujał się nie bez satysfakcji
To tak a propos braku harmonii. Słowacja still. Tęsknie.
poniedziałek, 18 lutego 2008
Słowacja
Ciasnota w pociągu wyciągnęła energię. Nienawidzę taszczyć torby, gdy inni mają plecaki. Zimno wwiercało się w nogawki. Granicę niezauważalnie przekraczałam(nie tylko ta polsko-słowacka, nie tylko dnia pierwszego). Potem dni jak godziny szybko przemykały między palcami i skapywały na talerz w formie indyka w curry okraszonego niemiecką MTV. Na drutach jak babcia sobie wywijałam czytając Oskarżonego Pluszowego M. I spacery-podróże dokonywałam po nieznanych łąkach nad osiedlem Romów. Z Tajemnicą Brokeback... w uszach. Tańczyłam na lodzie. Turlałam dropsa mojej znikomej osoby na stoku prawie pionowym. Prowadziłam rozmowy (rzecz jasna tylko życiowe) 5m nad ziemią i w piżamie różowej w kuchni. Kaloryfer miło grzał, kiedy się na nim siedziało o poranku z A. Naczynia zmywało się powoli. Ziemniaki obierało niespiesznie i z pluskiem wrzucało do gara. Niedosyt fizyczny mam teraz, gdy się mieszkało tydzień w pokoju-pudełku bez dopływu tlenu i światła, ale za to w odosobnieniu dualistycznym. Odosobnieniu sprzyjającemu strefie Schengen. Samotności boleśnie bliskiej.Bo za chłodną i ceglaną ścianą odgłosy gry w remika, albo leciutkiego pijaństwa, podczas gdy my perwersyjnie-ekshibicjonistycznie BYLIŚMY podwójnie. I co dzień przez głowę przechodziła mi myśl- zajrzą? Nie zajrzą? Nie ważne.
Dziwni Słowacy. Zastavki, Stefan Burdel, Vażeni zakaźnicy, prava laska i marhule czyli owoce z dna piekieł.
Tęsknie, pomimo całości absurdem trącącej (świetna organizacja i totalna rozsypka na raz; ludzie inteligentni zjeżdżający po ciemku z 2000m npm; smaczne jedzenie w rozmrożonej lodówce...itd), bo tam mogliśmy BYĆ (za ścianą i drzwiczkami ze sklejki).
A teraz w domach ciepłych, ze smacznym obiadem i planem dnia JESTEŚMY jak zawsze, ale w sferze planów. Za dni parę, za rok...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

