sobota, 4 lutego 2012

Ja i pies

Ja i pies krążymy po domu wykonując zwyczajowe czynności.
Budzimy się każda na swoim zmiętym legowisku - ona na torbie, ja na niewłaściwej połowie łóżka.
Idziemy na poranny spacer - ona w czerwonym serdaku, ja w 2 swetrach, rajstopach pod dresem (wełniane skarpety gratis), najcieplejszej kurtce, uszance, rękawicach z jednym palcem.
Jemy śniadanie - eukanuba z jagnięciną vs grzanka z masłem orzechowym i kawa.
Próbujemy przetrwać przedpołudnie - drepcząc pod domu i starając się wziąć do pyska dwie piłki na raz lub też kompulsywnie facebookując by uniknąć nauki planowania przestrzennego na egzamin. Dobrze, że jeszcze to mam na głowie - bez konieczności zakuwania nawet siedzenie na fb traci smak nielegalnej przyjemności.
Jeszcze raz spacer, obiad.
Popołudnie ciągnie się jak ser na lasagne wyjętym z mikrofali.
Piłki i planowanie. Planowanie i piłki.
Kolacja, spacer.
Wieczór...I co teraz?
Film. Jeszcze jeden.
Facebook. Soup. Kwejk. Smut. Nuda. Wracaj. Proszę.

niedziela, 15 stycznia 2012

Eugleny i marchewki

-Piszesz?
- Taa, piszę, piszę...
Ale rzecz jasna nie to, co powinnam. Nie należy jednak popadać w psychozę. Moment sam na sam ze swoimi myślami, których nie należy podpierać żadnym nazwiskiem poza swoim, jest wart kilkudniowej obsuwy. Na swoje usprawiedliwienie, pozostanę ciągle przy bolesnym temacie pracy magisterskiej.
Piszę po kawałku. Trochę się zmuszam. Powtarzam sobie, że ode mnie zależy jej ostateczny kształt. Że muszę dać temu solidne podstawy. Że nie mogę wyprodukować jakieś szmiry, bo nie mam zbyt dobrej wymówki - ani bobasa drącego się nocami, ani dodatkowej pasji pochłaniającej większość czasu. To nie mój przypadek. Wybrałam moje studia z przekonania i pomimo jakiegokolwiek kontaktu z dziedziną wyczuwałam, że to może być coś dla mnie. Z czasem okazało się, że miałam rację. Czasem mam wrażenie, że znajomi studiujący po 3 kierunki, ruszający w podróże dookoła świata na hulajnodze, czy grający na 5 instrumentach równocześnie, wydają się być nieco zaskoczeni jednostronnością mojego wyboru. Mój wybór jednak to nie tylko ogródki i parki - to botanika, fizyka, chemia, geodezja, geografia, matematyka, historia, kulturoznawstwo, sztuka, a miejscami nawet wf (te godziny spędzone z łopatą w ręku albo kilometry pokonane w poszukiwaniu jednej roślinki...). Chcę być dobra z każdej dziedziny, bo architektura krajobrazu to jest moja pasja. Nie muszę zarabiać kokosów, bylebym mogła to robić. Legalnie wyjść na słońce. Do pracy ganiać w kaloszach. Nie mieć zrobionych paznokci. Mam nadzieję, że nadchodząca "poststudencka rzeczywistość" nie pozbawi mnie złudzeń na spełnienie tych marzeń (z tego co "liznęłam" w zeszłym roku, to wydaje mi się, że nie będzie tak źle).
Skąd pochodzi ta fascynacja i czemu dotyka akurat mnie? Nie mam pewności, ale nabieram przekonania, że Geny Przodków ukryte w chromosomach odezwały się we właściwym momencie. Skąd taka teoria? Dotarło to do mnie z całą stanowczością podczas poszukiwania potwierdzenia pewnej tedy w mojej pracy magisterskiej. W jednym z artykułów z Zieleni Miejskiej przeczytałam:
"Na wspomnieniu o działkach, czasie spędzonym tam kiedyś, można odbudować całkiem dobrze mit dzieciństwa. Dla pokolenia około-trzydziestolatków, jest to pewnie głównie obraz nudy, dziadków kucających w ziemi, wspomnienie tropienia ślimaków, nauki jazdy na rowerku, kompostu czy wystających z ziemi samotnych hydrantów."
(A.Komorowska, ZM, 11-2011)
Mój arkadyjski mit dzieciństwa, poza warmińskimi lasami, miał w sobie także te elementy. Pamiętam wyrywanie młodej marchewki z ziemi i chrupanie jej bez obierania z nieoberwaną natką. Pamiętam przezroczyste, czerwonawe owoce porzeczek, przez które przenikało lipcowe światło. Trawnik tak mały, że bez trudu strzygłam go nożyczkami. Gołębia grzywacza, który mieszkał na świerku. Zasłonkę z plastikowych, kolorowych pasków, na których uczyłam się pleść warkocze. Paskudne cienkonogie pajęczaki obsiadające najładniejsze truskawki... Ten świat miał bardzo dobrą skalę dla kilkulatki. Wszystko miniaturowe, można dotykać, spróbować, obejrzeć. Mimo, że wydawało mi się, że mój wybór był uwarunkowany wyłącznie pragnieniem wygody - napiszę pracę magisterską o tym, co mam najbliżej. Hm, popatrzmy, to zmodernizowali, to za małe, o a to? Działki pod blokiem? Okej. Brzmi łatwo.
Nie jest tak łatwo jakby się wydawało, ale jest dużo ciekawiej niż na początku myślałam, że będzie. Moja praca jest podświadomym poszukiwaniem tego miejsca, tego klimatu. Jest w końcu hołdem dla Babci, która myła dla mnie te marchewki, straszyła pająki i dawała grabić liście na swojej radomskiej działce. Nie wiedziałam, że siedzi to we mnie tak głęboko i jest tak ważne, że aż muszę napisać o tym rozprawę naukową...
Co prowadzi mnie do kolejnej konkluzji. Spójrzmy, o czym napisałam poprzednią pracę? O, a to Ci heca - o warmińskim Mieście-W-Którym-Nie-Da-Się-Zgubić (bo wszystkie drogi prowadzą do rynku, a przy rynku, szczęśliwie ciągle mieszka, hahaha, druga Babcia). I w tym przypadku myślałam, że idę na łatwiznę. Okazuje się, że jednak szłam ścieżką genową.
Do jednej i do drugiej rozprawy powinnam dołączyć dedykację specjalną: "Dla Babci, za bajki o euglenach i spacery po Morągu" i "Dla Babci, za marchewki na grządce i gruszki na wierzbie".
Tak zrobię. Serio serio.

niedziela, 8 stycznia 2012

Pina

Noc. Otulam się kołdrą. Cisza.
Cisza. Po raz pierwszy od kilku nocy cisza. Jest intensywna jak włoskie espresso, a ciemność jeszcze ją wzmacnia. Słyszę jak przygniecione moją głową wnętrze poduszki powolutku się rozprostowuje. Rozprężające się na boki syntetyczne włókna brzmią jak bardzo odległy, górski strumień. Wiem, że tam jest. Bardziej wiem, niż słyszę.
Gdzieś za oknem przejeżdża samochód. Potem znów cisza. W środku miasta. Milczenie.
Słyszę dyskretnie przemykającą przez gardło ślinę. Opadające włosy. Tętent serca.
Cisza.
Cisza to moje nowe uzależnienie.

----
Poszukiwanie zaczynam następnego dnia. Przypadkowo znajduję się w Konstancinie pół godziny wcześniej niż powinnam. Idę z termosem w ręku przez skrzyżowanie, na którym kilka tygodni wstecz pewien obywatel w Leksusie raczył zepchnąć na przeciwległy pas Punto ze mną i koleżanką na pokładzie. Pamiętam ciszę złowrogą, kiedy otrzymawszy drugie uderzenie (tym razem od frontu), samochód zatrzymał się, a jego wnętrze wypełnił szary dym. Było tej ciszy może pół sekundy, ale tuż po niej wszystkie moje organy wrzasnęły "Żyję!" i ruszyły do akcji.
Popijam herbatę, skręcam w boczną uliczkę, żeby odkryć coś nowego w tej okolicy. Domy są różne. Jedne mają wielkie okna, inne przytłaczające dachy, jeszcze inne walące się drewniane ściany z wymyślnymi, dziewiętnastowiecznymi dekoracjami. Stoję na rogu i nie słyszę nic. Nawet samochody omijają ten zaułek. Po chwili wiatr zaczyna lekko kołysać koronami starych sosen. I tylko to, aż do celu, gdzie wita mnie apokaliptyczny hałas przerwy w szkole podstawowej.
----
Kolejny rodzaj ciszy do kolekcji przychodzi do mnie dziś. Siedzę w ciemnej sali studyjnego kina (tu filmom nie towarzyszy ciągłe pikanie klawiszy komórek, chrupanie popcornu czy siorbanie pepsi). To, co oglądam na ekranie wciąga mnie do tego stopnia, że wylewa się ze mnie cała reszta treści. Jest we mnie tylko wir znaczeń przekazywanych bez zbędnych pośredników - z ciała do ciała. Bez słów, bez hałasu, bo muzyka tu też składa się głównie z ciszy.
Widz kina akcji spyta "Ale o co w tym chodzi? Co oni tam robią? Do czego to prowadzi?". Ja odpowiem, tu nie chodzi o wątek, perypetię, punkt kulminacyjny czy finał z happy-endem. To jak we śnie - uczucia, stany, relacje pokazane w najgłębszych, instynktownych symbolach ludzkiego ciała. Tu nie ma ciągu przyczynowo - skutkowego. Są za to oczy - usta, dłonie - stopy. Najpiękniejszy język jaki kiedykolwiek wynaleziono - powinien go zrozumieć każdy, kto ma ciało. Tak rozmawialiśmy przed wieżą Babel, i z jej powodu teraz nie rozumiemy, co wyrażają oczy tej kobiety, wyciągnięte ku niebu ramię tego mężczyzny. Co znaczy kolor, faktura. Co znaczy woda, słońce, powietrze, kamień, gwiazdy. Widz kina akcji powie :"Jak zwierzęta, bez słów? Bez języka, który wyjaśni najbardziej zawiłą intrygę? Jak się bez tego obejść?". Odpowiem: największy sekret można wyjawić spojrzeniem, najgłębsze uczucie można pokazać jednym dotknięciem dłoni. Trzeba tylko nauczyć się słuchać inaczej. Nie słuchać, tylko raczej chłonąć najgłębszy sens, odebrać falę emocji. Kiedy przestawi się na ten tryb, nie potrzebni są specjaliści od mowy ciała, wykrywacze kłamstw, badacze zachowań. Wystarczą otwarte oczy i otwarty umysł. Wierzę, że każdy człowiek ma w DNA zapisaną umiejętność zrozumienia tego uniwersalnego języka - trzeba tylko spróbować dostać się do tych zapomnianych przez wieki mądrości.
Za to dziękuję Pinie Bausch.

wtorek, 6 grudnia 2011

Audio - wizualnie

Warszawska panorama zbudowana z okiennych pikseli i nowa płyta Little Dragon w słuchawkach dają mi poczucie, że już już zaraz znajdę to, czego szukam. Mam w ręku koniec nici. Muszę podążać za nią, a za chwilę zobaczę wyjście z labiryntu.

Zestaw "krajobraz plus muzyka" jest jakiś niebywale naturalny dla mnie. Inaczej czyta się książkę przy klasyce, inaczej przy rocku. Tak samo z widokami za oknem. Muszą mieć oprawę. Dźwięki muszą pasować. Rytm perkusji musi spleść się z rytmem migających za oknem drzew. Melodia łączy się z linią horyzontu. Wokal z kolorami pól i kostkami domów. Krajobrazy wchłaniają muzykę, a ja ten smakowity kąsek zajadam łapczywie.

Z podróży po Polsce i samej Warszawie mogłabym złożyć kilka intrygujących składanek, na których utwory nazywałyby się "Siódemka, czyli trasa Warszawa - Ostróda", "Ruś-Białka", "Warszawa - Radom", "Wilanowska - Piaseczno", "Most Siekierkowski"...
Miałabym na tej płycie swoje ulubione trasy/melodie puszczane w kółko. Na przykład (z ostatnich fascynacji) Fleet Foxes piosenka "Bedouin Dress". Rytmiczna, folkowo pobrzmiewająca, wzruszająca, a jednocześnie radosna (saudade!). Mogę słuchać jej bez końca. Jeszcze raz i jeszcze raz. Bo ta piosenka ma w sobie podróż. Wyśpiewuje moją drogę. Krok za krokiem. Kiedy słucham jej idąc przez ciemne, późnojesienne miasto, przenoszę się w inne miejsce i czas. Idę kurzącą się, z powodu sierpniowych upałów, drogą biegnącą przez suchą łąkę na wzgórzu. Idę swoim siedmiomilowym krokiem, bujając się swobodnie na boki. Spod moich sandałów podnoszą się obłoczki kurzu i osiadają na białej sukience. Powietrze pachnie rozgrzanymi kocankami, macierzanką i sosnami, które szumią w oddali. Skrawek jeziora widoczny ze szczytu wzgórza, wiernie odbija intensywnie niebieskie niebo i ostre słońce. Wszystko jest złociste, pachnące, moje. Bezpieczne, ale nie nudne. Śledzę uciekające na zachód, wysoko tapirowane, białe chmury (jak włosy jednej starszej pani ze wsi, którą widuję na coniedzielnych mszach w remizie). Przyglądam się dużym, wojowniczo nastawionym mrówkom, które z uporem maniaka budują sobie mrowisko na środku drogi. Muszą chyba wiedzieć, że zaraz ktoś im to dzieło życia popsuje swoją beztroską przejażdżką rowerem, albo terenówką? Może to ich strategia? Ktoś w końcu zauważy ich upór i ustąpi miejsca w hołdzie ich ciężkiej pracy? Ja bym ustąpiła. Do mrówek mam szacunek od czasu dramatycznego spotkania w lesie, kiedy pomyliłam ich konstrukcję z kamieniem i nieopatrznie nań usiadłam. Prędkość z jaką oblazły całkowicie moje czteroletnie ciało była imponująca i przerażająca za razem. Od tej pory podchodzę do nich z pełnym uznania szacunkiem...Złożoność tej wizji - od szerokiej perspektywy z dalekimi widokami sięgającymi drugiej strony jeziora, aż po ostrzegawczo poruszające się mrówcze czułki - potwierdza absolutną łączność TEJ muzyki z TYM krajobrazem. Match made in heaven. Znam każdy dźwięk - znam każdy kąt. Umiem zaśpiewać każdą linijkę (to BARDZO dużo znaczy - mam na śpiewanie straszliwy opór, jednak w tym przypadku...) - umiem narysować każde drzewo, każdy pagórek.
To jest mój schron na zimę. Wycofuję tam tę głębszą warstwę świadomości, która sprawia, że bulgocze we mnie jakaś historia. Chowam inspiracje, talenty, siły, uczucia, które sprawiają, że latam. Czemu? Bo jestem czasem jak roślina (odkrycie dokonane z dawien dawna, ostatnio potwierdza się coraz bardziej). Kiedy robi się zimno, ciemno, ponuro, zrzucam liście (na pożegnanie robią się kolorowe - zgodnie z teorią jednej z moich uczennic), wycofuję soki, zamieram. Czekam na lepsze czasy. Pozornie jestem tu i teraz. Piszę. Pracuję. Rysuję proste kreski w CADzie. Chodzę na imprezy. Głaszczę psa. Ale nie ma tu Mnie. Schowałam się w korzeniach. Tam, skąd pochodzę. Tam, gdzie zdarzały się rzeczy bardzo ważne, bardzo silnie oddziałujące na moje decyzje. Tu, leżąc na pomoście patrzyłam w szare, ciężkie niebo i czekałam na deszcz. Rok później, siedziałam i czekałam, aż pojawi się słońce. Chodziłam na wiejskiej dyskoteki i pisałam wiersze. Byłam Robin Hoodem i księżniczką.
Wspomnienia i cały kombinat uczuć zaprawiony gitarami i skrzypcami z głośników, pozwolił mi też nagle, nieoczekiwanie (dosłownie przed chwilą!) odkryć, że z tła nawet najciemniejszej, warszawskiej nocy, wygląda na mnie ten sam księżyc. On równocześnie wisi nad moją łąką. Zostawia na wodzie jasną smugę. Przełamuje leśny cień najgłębszym granatem.
Ta myśl, uchwycona przy balkonowym oknie przez jedną milionosekundową, sprawiła, że poczułam się kosmicznie szczęśliwa. Kosmicznie, to znaczy w pełni. W jedności ze wszystkim. Z każdym, odległym o lata świetlne, pyłkiem zawieszonym w przestrzeni. Z każdą groźną mrówką. Z każdym wychodzącym na papierosa sąsiadem, który już pewnie zadzwonił po panów z białymi kaftanami, gdyż ta tańczącą przy oknie dziewczyna z rozmazanym makijażem na pewno nie jest normalna.
Jak widać, zakwitać można także u progu zimy.

piątek, 2 grudnia 2011

Nie Pomorze

Paradoks. Straszliwe tęsknię do tego mitycznego Czasu Wolnego, ale kiedy już radośnie porzucę moje wszystkie pilne i przyszłościowe sprawy i przestaję być Żelazną Damą, pojawia się...pustka.
Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to owinięcie się w legendarny blue raincoat (czyt. niebieski szlafroczek) i oglądanie seriali, czytanie starych komiksów życia-na-kreskę, kończenie nieuczelnianych duperelek, którymi w gruncie rzeczy się utrzymuję.
Wolne popołudniowe i wieczorne godziny upływają mi pod hasłem rozterek pod hasłem "Panno, do roboty! - Ależ nie, ja muszę odpoczywać!". W efekcie wciąż romansuje z moją Lenóvką (której za nic w świecie nie zamieniłaby na Maca, mimo że wszyscy to robią). Czas prześlizguje się po mnie. Nie czuję jak ucieka. Nagle jest północ. Uff - można z czystym sumieniem iść spać.
Gnuśnieję, dziadzieję.
Tule psinę.
Szukam jakiejś niebranżowej książki do poczytania.
Zasypiam nad starym atlasem ptaków wpatrując się w rysunek sowy pójdźki lub którejś z ulubionych sikorek.
Utknęłam w tym tu i teraz. Jestem tak zmęczona jesienią, ciemnością za oknem i sinusoidą ciśnień, że nie mam siły wymyślać sobie efektywnego sposobu na wypoczynek.
A przecież powinnam być Dziką Kobietą, która zagłębia się w siebie i odnajduje drogę do Domu. Moje myśli jednak, już po chwili zadumy, wyślizgują się i wracają do nurtu rzeczy bieżących. Do zadań na planowanie przestrzenne. Do tego co jutro na obiad. Do telefonów, które boję się wykonać.
K. pochylony nad swoim laptopem, łomocze zapamiętale jakieś prawnicze czary-mary. Czasem podajemy sobie rękę lub wyrzucamy z siebie losowo wybrane miłe słowa, takie jak "Buziak", "Kocham", "Słodko", "Kotek", "Tulmnie", "Brontozaur".
Dalej jednak oboje jesteśmy w swoich okienkach. Machamy do siebie na facebooku, jak na ulicy.

Jak mam się oderwać? Jak z tego uciec? Jak wrócić do euforycznych głębi sprzed paru miesięcy?

Chyba ta whisky z colą mi nie pomoże.
Nie Pomorze mam w środku, a Mazowsze. Smutne równiny z polami ziemniaków.

środa, 26 października 2011

?

Bulgocze we mnie jarzynówka znaczeń.
Ciekawe, kiedy wykipi?

sobota, 15 października 2011

Paralela

Nawiedzają mnie sny dynamiczne i apokaliptyczne. W każdym z nich pojawia się element ucieczki i tajemniczego prześladowcy, a jednocześnie trudnego wyboru miedzy dwoma sprzecznościami. Strasznie chcę pamiętać te pogmatwane scenariusze. W chwili gdy słyszę budzik, otwieram oczy i zaraz staram się zebrać podstawowe elementy snu i zapisać go w komórkowym notatniku. Jednak za moment drętwieje mi ręka, słowa rozmazują się przed oczami, w głowie mam wir zdarzeń, postaci... Pół godziny potem zaglądam do notatnika i znajduję enigmatyczne hasła jak "1.jestem kaplanka wrog tez jest2.uciekam 3.budynek sie wali 4.matka jest blondynka". Jak z tego otworzyć strasznie ważną wiadomość Marty S. do Marty S.? Jak zrozumieć ten dziwaczny alfabet morsa skoro pamiętam tylko pojedyncze obrazy, dźwięki i nic do niczego nie pasuje?
Dziś wyłowiłam, motyw uroczego walca tańczonego przez lokatorów wielopiętrowego bloku na placu przed budynkiem. Imprezę popsuła grupa objazdowych muzykantów, która przestała grać i kazała mi wybierać "Ruda czy blondynka?". Pamiętając, że "matka jest blondynką" zastanawiałam się długo nie wiedząc, jak powinnam postąpić. Myślałam tak długo, że zaczęłam wpadać w typową dla siebie panikę. W końcu jednak krzyknęłam "Czarna! Czarna!", a różowy wieżowiec zaczął falować i odkształcać się bliski zawaleniu. Wybrałam siebie? Czarna - czarna musiała być mną.
Poza scenariuszowymi zawiłościami we śnie, kryją całkiem realne pytania. Kolejne kamyczki do koszyczka wkładam radośnie nie myśląc nawet, że usypuję sobie lawinę, która spadnie mi na łeb w najmniej oczekiwanym momencie. Zbieram, bo muszę - jak zawsze. Jak zawsze również, zmuszam się, by coś olać. By dać coś komuś innemu do zrobienia. By buntowniczo zatrzymać się na środku ruchliwej ulicy. Udać się na wewnętrzną emigrację.
Zamykam oczy, podgłaśniam Fleet Foxes (od paru dobrych miesięcy nie mogę się od nich uwolnić - zdecydowanie wchodzą do soundtracku z mojego życia) i w myślach idę sobie przez ulubioną łąkę w ulubionym miejscu na ziemi (no może jednym z dwóch - drugie to rzecz jasna Warszawa, moja betonowa oblubienica, niewdzięczna paskuda). Zaczęło się tam tyle rzeczy. Tyle mitów się wykluło na tej łące. W tym lesie tuż obok. W tym ceglanym domu, do którego już nie mogę wejść od tak. Szukaj w sali ping pongowej. Tak, tak głupi świecie. Biegnij, biegnij. Goń przez zimne, obojętne miasto, za kolejnym projektem, konferencją, kontraktem, kontratakiem. A mnie szukaj w sali ping-pongowej. Tam jestem. Stoję na środku Marszałkowskiej. Na kampusie. Na Abrahama. Na Moście Łazienkowskim. Mam zamknięte oczy i jestem w domu. Jestem u siebie na te kilka chwil. Idę łąką. Jest słoneczny, upalny sierpień. Pachnie kocankami i macierzanką. Pachnie suchą ziemią. Jasne, puchate kostrzewy bujają się na wietrze. W oddali jezioro odbija pędzące po niebie chmury. Wszystko kręci się wokół pagórka, na którym stoję. Axis Mundi w brawurowym wykonaniu Marty S. Wiatr filmowo rozwiewa mi włosy. Jestem sobą - Robin Hoodem w swoim Sherwood. Małym Księciem na swojej Planecie. Demeter pośród letnich pól. Sunlight over me no matter what I do.
To minie. Ze słodkiej zadumy wyrwie mnie pan z teczką, który mnie potrąci. Mój koszyczek ciążący na ramieniu i wrzask wiecznie spieszącego się Ego, które pogania mnie batem jak niewolnika na galerach. Wyrwie mnie z niej pies robiący siku w salonie. Nieumyte naczynia. Telefon od Przyjaciółki. Całus w czoło od Ukochanego. I tak trwam między dwoma światami. Między blondynką a rudą. Szukam tej upragnionej Czarnej, która pozwoli mi zawrzeć pokój między paralelnymi rzeczywistościami.