July 15th, what a night...
Doprawdy. Ja chromolę wszystkie egzaminy. Całą naukę. Mam gdzieś zimną Warszawę i paskudne Miasto Piaseczno. Olewam katar, gorączkę, chrypkę...
Life's a beach. Cynamon, pomidory, wino mołdawskie, świeczki, i ta Twoja koszulka. Szczęście bezkarne. Kołdra. Granatowe prześcieradło. Spadające komicznie pończochy, wisiorek zaczepiony o guzik poduszki. Instrukcja obsługi. Twój cień i zimne stopy. Sen z gorączką, ale słodki...Wspólne śniadanie. Ciepły samochód. Tylko to się liczy.
Beztroska:
Bujam w obłokach i wcale mnie tu nie ma.
sobota, 24 stycznia 2009
środa, 21 stycznia 2009
Składowe
Części składowe dnia dzisiejszego, 21 stycznia 2009r.
-Poranek w wersji mute - gardło wysiadło. Nos też. Termostat podkręcony.
-Parasolka wzięta namarne. Deszczu brak.
-Ludzie gadający o pszenicy durum. Oes, gdzież mnie zawiało! Ja, Rzężąca Alternatywa, wśród rolników-in-spe.
-Perfidia i hańba na zaliczeniu z budownictwa u Dziadka Bogumiła- tak to jeszczem nie ściągała.
-Ratownicza aspiryna od Uśmiechniętej M. (dzięki!!!) popita sokiem grejfgrutowym, który smakuje jak marzenie o lecie.
-Dziadek Bogumił again, który przy wpisach okazał się być Bogusławem...
-Kable i telewizory w sklepie, który krzyczy o promocjach z gigantycznych głośników. Chcę Drukarkę , bardzo chcę!
-Koszulka z dbeściarskim tekstem w najlepszym szmateksie świata- 3,50 czerwono-białej rozkoszy.
-Klej, taśma, ołówki i noc.
-A ponad wszystko: Chusteczki, ChusteczkiChusteczkiChusteczkiChusteczkiChusteczki....AAAA psik.
-Poranek w wersji mute - gardło wysiadło. Nos też. Termostat podkręcony.
-Parasolka wzięta namarne. Deszczu brak.
-Ludzie gadający o pszenicy durum. Oes, gdzież mnie zawiało! Ja, Rzężąca Alternatywa, wśród rolników-in-spe.
-Perfidia i hańba na zaliczeniu z budownictwa u Dziadka Bogumiła- tak to jeszczem nie ściągała.
-Ratownicza aspiryna od Uśmiechniętej M. (dzięki!!!) popita sokiem grejfgrutowym, który smakuje jak marzenie o lecie.
-Dziadek Bogumił again, który przy wpisach okazał się być Bogusławem...
-Kable i telewizory w sklepie, który krzyczy o promocjach z gigantycznych głośników. Chcę Drukarkę , bardzo chcę!
-Koszulka z dbeściarskim tekstem w najlepszym szmateksie świata- 3,50 czerwono-białej rozkoszy.
-Klej, taśma, ołówki i noc.
-A ponad wszystko: Chusteczki, ChusteczkiChusteczkiChusteczkiChusteczkiChusteczki....AAAA psik.
wtorek, 13 stycznia 2009
Brand New, You're retro.
Sny narkotyczne od srebrnego spray'u. Szybuję nad ulicą na czarnej teczce. Rechot dziki. Stary satyr pląsa na ośnieżonej łące wśród rozpustnych studentek przyodzianych w taśmę klejącą i kalkę techniczną. A ja śpiewam :
Bullet to the head.
Bullet to the head, do you think I's joking?
What the fuck are you doin'?
I lecę dalej.
Sesja-depresja.
Marta-z-myśli-wytarta.
Bullet to the head.
Bullet to the head, do you think I's joking?
What the fuck are you doin'?
I lecę dalej.
Sesja-depresja.
Marta-z-myśli-wytarta.
środa, 7 stycznia 2009
Oczy Edwarda
I znów wyglądam jak cały fight club razem wzięty i Edward Nożycoręki na dokładkę.
Ale umiem zaprojektować drogę i dwa place.
Ha.
Ale umiem zaprojektować drogę i dwa place.
Ha.
poniedziałek, 5 stycznia 2009
sobota, 3 stycznia 2009
Nihilizm
Zawistne słoneczko zimowe budzi mnie ze snu całkiem przyjemnego. Nie wiem o czym, ale pamiętam, że wrzucałam do umywalki dwa papierki po lodach, dwa puste pudełka nie wiem po czym, dwa widelce, dwa...Wszystko w tym śnie było do pary, toteż jakież było moje zdziwienie, gdy obok siebie w ten mroźny poranek znalazłam jedynie pluszowego ryjka- moje muminkowe alter-ego.
Właściwie nie. Nie byłam zdziwiona, tylko lubię to wyrażenie jakież było moje zdziwienie. Takie gawędziarko-pisarskie wtręty są przyjemne. Ale t nie prawda. Zawsze budzę się sama, lub co najwyżej w towarzystwie małpki, zebry, misia, albo w.wym. ryjka. Takie życie niesamodzielne prawie dwudziestolatki (ostatnio ludzie mi wypominają wiek. Nie wyglądam wszak!).
Tak oto rozpoczął się dzień 3 stycznia 2009.
Chociaż właściwie, literalnie, zaczął się on o tzw 12 a.m., na dywanie, w mieszkaniu przy ulicy T. I zaczął się on w towarzystwie znacznie lepszym niż ryjek. U boku miałam bowiem doborowe towarzystwo damskie w postaci Pani Domu*, Co Potrafi Grzanie Wino i Ma Krecika Na Lodówce (jeee!), oraz mnustfo zacnych mężczyzn: K., któremu nic tylko peany pisać i poematy, A., który zalicza się do wiecznotrwałej grupy ludzi "smyczkowych" (a z nimi zawsze i wszędzie), a do tego Brada Pitta o nienagannej klacie i Edwarda Nortona (po obejrzeniu filmu wszedł do ścisłej czołówki mego Rankingu Ciach Srebrnego Ekranu, nie deklasując rzecz jasna Boskiego Johnego, ale jednak...Nic nie poradzę na mój pociąg do chudzielców;). Oglądanie Fight Clubu było doskonałym początkiem dnia. Nieco tylko dekadenckim. Wybuchowym. Pokręconym. Wyrąbanym, że tak powiem, w kosmos. Nihilistycznym. NI-hilistycznym.
Dlatego także nie zdziwił mnie ani widok rozmemłanej pościeli o 9.30, ani także moja własna twarz w lustrze ukazująca doskonałą mieszankę efektu bólu głowy i bólu duszy.
Głowa od wina zapewne. Dusza od filmu zapewne.Syndrom Pocotowszystko ogarnia mnie częstokroć po takich seansach. Prawdziwy weltschmertz XXI w. Doprawdy. Do tego swędział mnie sweter, wkurzały skarpetki i Skaldowie wołający z ekranu, że anioł stróż wszystko za ciebie zrobi i nie martw się bo Bóg jest miłosierny.
Oby był. Tylko błaaagam, czemu tak głośno?!
Włączywszy gramofon Artur, śpiewam Sound of Silence oraz Hazy Shade of Winter . Zastanawiam się kiedy przestanę pobolewać i zrzędzić, i kiedy w końcu wezmę się do roboty. Ale czy się wezmę? Może po prostu wszystko oleję? Czy potrafię? Trzeba umieć walczyć ze sobą na pięści, kiedy się ma tak silną osobowość. Nawet nie sądziłam, że aż tak silną.
Moja dekadencja przegrała. Idę ścierać kurze.
*)W domu tym czułam się zupełnie jak u siebie, nie wiem czy było to widać, ale było naprawdę miło;)
Właściwie nie. Nie byłam zdziwiona, tylko lubię to wyrażenie jakież było moje zdziwienie. Takie gawędziarko-pisarskie wtręty są przyjemne. Ale t nie prawda. Zawsze budzę się sama, lub co najwyżej w towarzystwie małpki, zebry, misia, albo w.wym. ryjka. Takie życie niesamodzielne prawie dwudziestolatki (ostatnio ludzie mi wypominają wiek. Nie wyglądam wszak!).
Tak oto rozpoczął się dzień 3 stycznia 2009.
Chociaż właściwie, literalnie, zaczął się on o tzw 12 a.m., na dywanie, w mieszkaniu przy ulicy T. I zaczął się on w towarzystwie znacznie lepszym niż ryjek. U boku miałam bowiem doborowe towarzystwo damskie w postaci Pani Domu*, Co Potrafi Grzanie Wino i Ma Krecika Na Lodówce (jeee!), oraz mnustfo zacnych mężczyzn: K., któremu nic tylko peany pisać i poematy, A., który zalicza się do wiecznotrwałej grupy ludzi "smyczkowych" (a z nimi zawsze i wszędzie), a do tego Brada Pitta o nienagannej klacie i Edwarda Nortona (po obejrzeniu filmu wszedł do ścisłej czołówki mego Rankingu Ciach Srebrnego Ekranu, nie deklasując rzecz jasna Boskiego Johnego, ale jednak...Nic nie poradzę na mój pociąg do chudzielców;). Oglądanie Fight Clubu było doskonałym początkiem dnia. Nieco tylko dekadenckim. Wybuchowym. Pokręconym. Wyrąbanym, że tak powiem, w kosmos. Nihilistycznym. NI-hilistycznym.
Dlatego także nie zdziwił mnie ani widok rozmemłanej pościeli o 9.30, ani także moja własna twarz w lustrze ukazująca doskonałą mieszankę efektu bólu głowy i bólu duszy.
Oby był. Tylko błaaagam, czemu tak głośno?!
Włączywszy gramofon Artur, śpiewam Sound of Silence oraz Hazy Shade of Winter . Zastanawiam się kiedy przestanę pobolewać i zrzędzić, i kiedy w końcu wezmę się do roboty. Ale czy się wezmę? Może po prostu wszystko oleję? Czy potrafię? Trzeba umieć walczyć ze sobą na pięści, kiedy się ma tak silną osobowość. Nawet nie sądziłam, że aż tak silną.
Moja dekadencja przegrała. Idę ścierać kurze.
*)W domu tym czułam się zupełnie jak u siebie, nie wiem czy było to widać, ale było naprawdę miło;)
czwartek, 1 stycznia 2009
o ou.
W zeszłym roku ludowe przesad, że jaki sylwester, taki rok, sprawdziło się w 100%. Sylwester z przepaloną podłogą, psią kupą na dywaniku, dziwnymi ludźmi niewiadomoskąd (czyli generalnie: porąbany), spowodował najprawdopodobniej, iż rok 2008 był dokładnie taki: porąbany.
Stąd mam nieco obaw odnośnie mej przyszłości w roku 2009. Wczorajsza zabawa nie była szampańska. Była wódczana. Wódczana z colą. Wódczana z sokiem. Wódczana zapomyślnośćwnofymroku oraz zazdrowiepięknychpań. A następnie impreza przerodziła się w zabawę pod hasłem 'Ja zajmuje łazienkę!'. Poza tym wszystkim, unoszący się w powietrzu zapaszek bigosu i kiszonych ogórków ('To bigos? Ofu! Łazienka wolna?'). Nie wspominając już o kotach, kotach, które poza swędzeniem i kichaniem, powodowały ogólnoludzkie rozczulenie ('O jakie słodziaki!').
Kotylol- 5mg dożylnie poproszę!
Niniejszym z tego oto kącika chciałabym pozdrowić:
-Krzysztofa M, który bardzo dzielnie ratował moją reputację, oraz koszulkę przed kompromitacją i zarzyganiem.
-Olgę, za ogranizację imprezy, mega stylowy gorset i niebywałe komplementy;D
-Aldi, która była dziewczyną z naszego pueblo oraz jej Mężczyznę, który wie jak człowieka nakłonić do picia.
-Stawika, za długą rozmowę (nie pamiętam o czym, ale z pewnością była to dyskusja na poziomie) oraz za podwózkę pomimo ciężkiego poranka, oraz za kotylol.
-Kobiety rozliczne, z którymi posypiałam na łożu malżeńskim.
-Alexa i Karolę, pod którymi spaliśmy przez pewnien czas:P
Wogóle było śmiesznie jak nigdy. I pijacko.
Buziaczki koffani. Hepiniujer.
Stąd mam nieco obaw odnośnie mej przyszłości w roku 2009. Wczorajsza zabawa nie była szampańska. Była wódczana. Wódczana z colą. Wódczana z sokiem. Wódczana zapomyślnośćwnofymroku oraz zazdrowiepięknychpań. A następnie impreza przerodziła się w zabawę pod hasłem 'Ja zajmuje łazienkę!'. Poza tym wszystkim, unoszący się w powietrzu zapaszek bigosu i kiszonych ogórków ('To bigos? Ofu! Łazienka wolna?'). Nie wspominając już o kotach, kotach, które poza swędzeniem i kichaniem, powodowały ogólnoludzkie rozczulenie ('O jakie słodziaki!').
Kotylol- 5mg dożylnie poproszę!
Niniejszym z tego oto kącika chciałabym pozdrowić:
-Krzysztofa M, który bardzo dzielnie ratował moją reputację, oraz koszulkę przed kompromitacją i zarzyganiem.
-Olgę, za ogranizację imprezy, mega stylowy gorset i niebywałe komplementy;D
-Aldi, która była dziewczyną z naszego pueblo oraz jej Mężczyznę, który wie jak człowieka nakłonić do picia.
-Stawika, za długą rozmowę (nie pamiętam o czym, ale z pewnością była to dyskusja na poziomie) oraz za podwózkę pomimo ciężkiego poranka, oraz za kotylol.
-Kobiety rozliczne, z którymi posypiałam na łożu malżeńskim.
-Alexa i Karolę, pod którymi spaliśmy przez pewnien czas:P
Wogóle było śmiesznie jak nigdy. I pijacko.
Buziaczki koffani. Hepiniujer.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

