Czuję sie jak, za przeroszeniem, nasi, za przeproszeniem ,sportowcy na, za przeproszeniem olimpiadzie. Bo ma się stać rzecz ważna, muszę walczyć, mam mecz o wszystko i o honor jednocześnie i muszę go wygrać sama ze sobą co gorsza. Strach ogarnia całkiem fizyczny na myśl o tym, co za dwa dni się stanie. Ręce drżą, żołądek, mięśnie itd. Płakać się chce, a na dodatek jajniki atakują. No przepraszam. Pani Marto, skąd to, ach skąd?
Bo zawsze wszystko wychodziło.
Bo mówiłam, że będzie 2, a było 4+.
Bo żeby nie zapeszać, ale i tak wiedziałam swoje.
Bo wystarczała jedna noc i jakoś się udawało.
No i co?
A tu nie tak łatwo. I raz, i drugi i ten trzeci przegrany z kacem i zmęczeniem.
Taka jest prawda. Ale to musi się W KOŃCU udać. No bo ... ile można? Przecież jestem Kobietą "Rezonansu". Muszę sobie to wpisać do CV. To konieczne i już.
To, co piszę ma spełnić rolę terapeutyczną, ma mnie zagrzać do walki. Bo nie chcę obciążać całego świata koniecznością ciągłego podnoszenia mnie na duchu.
Przydałby się jakiś charyzmatyczny przywódca z amerykańskiego filmu, który wygłosiłby płomienne, donośne, finałowe przemówienie o wierze w siebie i potędze tejże wiary.
Albo anioł-kierowca. Jakiś święty Krzysztof. Albo Matka Boska w ferrari.
Bo ponad wszystko pragnę, żeby ktoś zrobił to za mnie. Zbawił mnie od stresu. Zbawił od oczekiwania. Albo dał mi gwarancję sukcesu.
Tylko, że nawet wręczenie łapówki mi nie pomoże. Muszę to zrobić sama.
Zdaje się, że na tym polega dorosłość. Nie żebym kiedykolwiek miała złudzenia, że to same przyjemności, ale nie spodziewałam się skoku na tak głęboką wodę. Przecież, do cholery, umiem pływać! Jak się okazuje- nie jestem doskonała. I utrata tego głębokiego przekonania, które jednak gdzieś się we mnie zakorzeniło i rozrosło, jest boleśniejsza niż utrata pieniędzy i czasu.
Ale zaraz...Ostatnia utrata pieniędzy przyniosła, poza histerycznym popołudniem (O, Boże, czemu jestem taka nierozgarnięta!), mocne postanowienie znalezienia pracy, co zaowocowało niezwykłymi konsekwencjami. Samo odkucie się finansowe to właściwie nic, ale te trzy miesiące mobilizacji, odpowiedzialności, wrażeń survivalowo-ekstremalych w niemal luksusowym otoczeniu...Nie do przecenienia.
A więc może i teraz?
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
środa, 13 sierpnia 2008
Ostatnie chwile baterii
Biblioteka miasta M. zaopatrzyła je w (Uwaga! Fanfary!) Internet Bezprzewodowy. Drżącymi palcyma przeczesuję więc meandry dobrodziejstw, które mi to cudowne medium ofiarowuje. Ale bateria pika, więc już nic nie napiszę.
Po krótkim blackoucie, spowodowanym brakiem energii powracam, coby niczym prawdziwy geek w kraciastej koszuli i tygodniowych skarpetkach opowiedzieć wam, jakie strony najczęściej odwiedza w sieci Pisząca To. Otóż są to witryny o konotacjach PKS Olsztyn, PKS Ostrołęka, PKP Ostróda, Morąg D.A., Ostołęka-Pisz... itd. itd. Dziwne zainteresowanie tematami komunikacji na obszarze północno-wschodniej Polski spowodowane jest tzw SSW, syndromem spontanicznych wakacji. Tzn. Kiedy słyszę przez telefon, tudzież przy przypadkowym spotkaniu magiczne słowa "Czy może chciałabyś wpaść na parę dni...", moje serce rwie się ku Internetowemu Rozkładowi Jazdy. Ulegam bowiem przemożnej chęci zagospodarowania sobie czasu JAKOŚ, a nawet JAKKOLWIEK, byleby zając się czymś poza leżeniem na działkowym leżaku z Biedronki. Jechać i powrócić do normalnego tępa i esencjonalności życia. Moje podróżnicze Whatever wynika bowiem, z corocznego rozpuszczenia wydarzeń w mętnej wodzie, cieknącej gdzieniegdzie z gumowego węża za sajdingowym domkiem. Mówiąc krócej- odwiedzanie jest lekarstwem na nudę przydługich wakacji na prowincji.
Stąd powoli, ze stołecznego Mistrza ZTM przekształcam się w speca większego formatu- Mistrz PKS i PKP. A jeśli familijny scenariusz wypoczynkowy nie zmieni się w najbliższych latach , mam szansę zostać nawet Globalnym Mistrzem Komunikacji Wszelakiej. Brzmi ładnie, nieprawdaż?
Jak sie więc okazuje nuda może być pożyteczna. I pouczająca takoż.
I tymi oto słowy, które nawiazują do nowo ukutej Zasady Paula Coelho ("Mów rzeczy oczywiste i zarabiaj na tym kasę"*), kończę tę radosna notatkę, wybanglaną w dzień deszczowy i zimny na sklejkowym stole Biblioteki Publicznej.
*)Pozdrawiam wszystkich sponsorów!
Pozdrawiam także K., którego niedługo odwiedzę w celu zabrania mu przestrzeni życiowej, tzw. Miejsca. (Mmmoje Miejsce, musze mmieć Miejsce!!)
Po krótkim blackoucie, spowodowanym brakiem energii powracam, coby niczym prawdziwy geek w kraciastej koszuli i tygodniowych skarpetkach opowiedzieć wam, jakie strony najczęściej odwiedza w sieci Pisząca To. Otóż są to witryny o konotacjach PKS Olsztyn, PKS Ostrołęka, PKP Ostróda, Morąg D.A., Ostołęka-Pisz... itd. itd. Dziwne zainteresowanie tematami komunikacji na obszarze północno-wschodniej Polski spowodowane jest tzw SSW, syndromem spontanicznych wakacji. Tzn. Kiedy słyszę przez telefon, tudzież przy przypadkowym spotkaniu magiczne słowa "Czy może chciałabyś wpaść na parę dni...", moje serce rwie się ku Internetowemu Rozkładowi Jazdy. Ulegam bowiem przemożnej chęci zagospodarowania sobie czasu JAKOŚ, a nawet JAKKOLWIEK, byleby zając się czymś poza leżeniem na działkowym leżaku z Biedronki. Jechać i powrócić do normalnego tępa i esencjonalności życia. Moje podróżnicze Whatever wynika bowiem, z corocznego rozpuszczenia wydarzeń w mętnej wodzie, cieknącej gdzieniegdzie z gumowego węża za sajdingowym domkiem. Mówiąc krócej- odwiedzanie jest lekarstwem na nudę przydługich wakacji na prowincji.
Stąd powoli, ze stołecznego Mistrza ZTM przekształcam się w speca większego formatu- Mistrz PKS i PKP. A jeśli familijny scenariusz wypoczynkowy nie zmieni się w najbliższych latach , mam szansę zostać nawet Globalnym Mistrzem Komunikacji Wszelakiej. Brzmi ładnie, nieprawdaż?
Jak sie więc okazuje nuda może być pożyteczna. I pouczająca takoż.
I tymi oto słowy, które nawiazują do nowo ukutej Zasady Paula Coelho ("Mów rzeczy oczywiste i zarabiaj na tym kasę"*), kończę tę radosna notatkę, wybanglaną w dzień deszczowy i zimny na sklejkowym stole Biblioteki Publicznej.
*)Pozdrawiam wszystkich sponsorów!
Pozdrawiam także K., którego niedługo odwiedzę w celu zabrania mu przestrzeni życiowej, tzw. Miejsca. (Mmmoje Miejsce, musze mmieć Miejsce!!)
wtorek, 15 lipca 2008
Wakacje
Doprawdy- esencja wakacji. Zamiast wybrać się z nadaktywną rodzinką nieznoszacą popołudniowej sjesty-pozostaję na hacjendzie i wygrzewam się w wątpliwej jakości słońcu. Zakłócone jest ono bowiem obecnością stalowoszarych chmureczek. Stratocumulocirronimbusy. Albo coś w tym stylu. Pozostaję, albowiem wakacje oznaczają zmianę stylu życia, a u mnie wyżej wymieniony oznacza dyscyplinę w czasie i przestrzeni, co więcej- wykonywanie poleceń. Zasiadam wiec z miną malkontencko-kocia przy stole nakrytym ceratą w różne rodzaje makaronów, i oświadczam, że nie ide. Mam dośc po raz 120 iść ulubiona trasą na tak zwane „Dookoła jeziora”. Nie chce i nie idę. Bo są wakacje.
Pozostaję sama ze swoim Bogatym Życiem Wewnętrznym, które zaczynam lubić ostatnimi czasy. Z BŻW ma tylko jedną wadę- wiecznie zagłębia się w szarą zawiesinę pamięci i wyskrobuje z niej niezbyt przyjemne informacje. Ot- szklanka do połowy pusta. Że mrówczy kawalerowie latają i za chwile, w swej chutliwej pogoni za Królową o figurze Hanny Banaszak, osiądą na dachu naszego „domku”.
Że panowie robotnicy, korzystając z nieobecności tzw. Żywej Duszy przemienią się w bohaterów ponurego thrillera sądowego w amerykańskim stylu. Oto kobieta jest najpierw wrzeszczącym kawałkiem ciała wykorzystywanym przez napaleńców (zauważyliście paralelę do sytuacji mrówczych zalotników?), a następnie milczącym kawałkiem ciała o kilku eleganckich szwach i sińcach w kolorze Sierpniowa Śliwka. Powaga Sali sadowej, togi, napastnicy uniewinnieni, zaczyna się walka o sprawiedliwość. W kinach od 11 lipca 2008.
Pozostając przy poetyce filmowej- Życie Wewnętrzne miewa wizje także z półki –„katastroficzne”. Jest rok 2050. Wykorzystywaliśmy świat przez tyle milionów lat, sądząc, że ujdzie nam to na sucho… W tym momencie z oddali naciągają chmury w swej ponurości przeładowane efektami komputerowymi . Zabójczy huragan Zbigniew pustoszy północną Polskę. Zrywa dachy, pali, porywa krowy, pola rzepaku i nierozsądne letniczki. (Przepraszam- musiałam przerwać pisanie, ażeby zapiąć szczelnie ściany ortalionowej wiaty ogrodowej Svenn za jedyne 125,99 zł).Grozi nam zagłada. Czy istnieje ktoś, kto zapobiegnie katastrofie?
Koniec. Wystarczy. Skulona pod kocem w najciemniejszym kącie domku letniskowego, tuląca do piersi paczkę cukru na wypadek globalnego głodu, staram się uspokoić i możliwe najlogiczniej wyjaśnić memu Bogatemu Życiu Wewnętrznemu, iż nic właściwie się nie dzieje. Mrówki latają tak co roku, robotnik uderzywszy nieopatrznie swą drogocenną i fachową kończynę młotkiem, zakrzyknął był kulturalne „Ała!”, a nie jak to zwykle bywa: „Kuuur**!!!”; co więcej horyzont pokrywa się delikatnymi barankami, które beczą radośnie nim je ktoś ułowi na kolejny kebab. Zatem, jak już wspominałam- nic właściwie się nie dzieje.
Jeszcze.
Pozostaję sama ze swoim Bogatym Życiem Wewnętrznym, które zaczynam lubić ostatnimi czasy. Z BŻW ma tylko jedną wadę- wiecznie zagłębia się w szarą zawiesinę pamięci i wyskrobuje z niej niezbyt przyjemne informacje. Ot- szklanka do połowy pusta. Że mrówczy kawalerowie latają i za chwile, w swej chutliwej pogoni za Królową o figurze Hanny Banaszak, osiądą na dachu naszego „domku”.
Że panowie robotnicy, korzystając z nieobecności tzw. Żywej Duszy przemienią się w bohaterów ponurego thrillera sądowego w amerykańskim stylu. Oto kobieta jest najpierw wrzeszczącym kawałkiem ciała wykorzystywanym przez napaleńców (zauważyliście paralelę do sytuacji mrówczych zalotników?), a następnie milczącym kawałkiem ciała o kilku eleganckich szwach i sińcach w kolorze Sierpniowa Śliwka. Powaga Sali sadowej, togi, napastnicy uniewinnieni, zaczyna się walka o sprawiedliwość. W kinach od 11 lipca 2008.
Pozostając przy poetyce filmowej- Życie Wewnętrzne miewa wizje także z półki –„katastroficzne”. Jest rok 2050. Wykorzystywaliśmy świat przez tyle milionów lat, sądząc, że ujdzie nam to na sucho… W tym momencie z oddali naciągają chmury w swej ponurości przeładowane efektami komputerowymi . Zabójczy huragan Zbigniew pustoszy północną Polskę. Zrywa dachy, pali, porywa krowy, pola rzepaku i nierozsądne letniczki. (Przepraszam- musiałam przerwać pisanie, ażeby zapiąć szczelnie ściany ortalionowej wiaty ogrodowej Svenn za jedyne 125,99 zł).Grozi nam zagłada. Czy istnieje ktoś, kto zapobiegnie katastrofie?
Koniec. Wystarczy. Skulona pod kocem w najciemniejszym kącie domku letniskowego, tuląca do piersi paczkę cukru na wypadek globalnego głodu, staram się uspokoić i możliwe najlogiczniej wyjaśnić memu Bogatemu Życiu Wewnętrznemu, iż nic właściwie się nie dzieje. Mrówki latają tak co roku, robotnik uderzywszy nieopatrznie swą drogocenną i fachową kończynę młotkiem, zakrzyknął był kulturalne „Ała!”, a nie jak to zwykle bywa: „Kuuur**!!!”; co więcej horyzont pokrywa się delikatnymi barankami, które beczą radośnie nim je ktoś ułowi na kolejny kebab. Zatem, jak już wspominałam- nic właściwie się nie dzieje.
Jeszcze.
P.S. W czasie wakacji w Polsce przydają się kalosze.
Pozdrawiam wszystkich Rekrutów, a zwłaszcza Krzysia.
Niech się nie martwi, proszę i trzyma się ciepło w kolejkach do dziekanatu.
Oraz Annę, która jest już spokojną studentką UAM:)
środa, 2 lipca 2008
Daleko
Czas uciekać z miasta. Ostatnie dni były na przemian bolesne psychicznie i bolesne fizycznie. Dużo głupot narobiłam, a teraz po dorosłemu trzeba za nie zapłacić. Kratą, albo przelewem.
Trudno. Będzie z górki.
Ogromne torby. Nie mogę rozstać się z tymi wszystkimi pierdzielnikami, które w jakiś sposób opowiadają o mnie. Dlatego dziś ulicami Warszawy kroczyć będzie majestatyczna torba niesiona przez mrówczo przygiętą do ziemi M.
Tym razem wakacje spontaniczne- wieś, żagle,wieś, może morze, może góry,a może nic.
Głupstwa. Nie wiem po co to piszę.
Au revoir! repulper! aillieur!
Trudno. Będzie z górki.
Ogromne torby. Nie mogę rozstać się z tymi wszystkimi pierdzielnikami, które w jakiś sposób opowiadają o mnie. Dlatego dziś ulicami Warszawy kroczyć będzie majestatyczna torba niesiona przez mrówczo przygiętą do ziemi M.
Tym razem wakacje spontaniczne- wieś, żagle,wieś, może morze, może góry,a może nic.
Głupstwa. Nie wiem po co to piszę.
Au revoir! repulper! aillieur!
środa, 18 czerwca 2008
Sztuka przez duże SZ
Miałam napisać dużo dużo. Że niesprawiedliwość uczelniana, że nudy przed wernisażowe, że wina rozlewanie, że pan malarz i że modelki, że obrazy, reflektory, tęsknoty, że wielki księżyc nad BUWem...Ale już siły mi brak na zrobienie z tej mieszanki jakiegoś strawnego koktajlu. Więc tylko zapraszam na wystawę (informacje pod obrazem*)
*)Oczywiście musieli zrobić błąd w adresie: wystawa jest przy Rynku starego Miasta 19\21\21a.
Zapraszam!
*)Oczywiście musieli zrobić błąd w adresie: wystawa jest przy Rynku starego Miasta 19\21\21a.
Zapraszam!
wtorek, 17 czerwca 2008
Rozbijam się po nocy, zdejmuję buty w ciemnym przedpokoju, na łóżko padam raczej niż się kładę. Potem śnię, że...Właściwie to wcale nie śnię- nawet moja podświadomość jakaś niemrawa, jakby upita. Nie ważne. Whatever.
Czuję się nie-ambitnie, nie-wolniczo, nie-potrzebnie.
Zdaje mi się, że przegrywam z rowerem, atrakcyjnymi blondynkami i prawobrzeżnymi artystami.
P.S. Odczuwam potrzeby autodestrukcyjne.
Czuję się nie-ambitnie, nie-wolniczo, nie-potrzebnie.
Zdaje mi się, że przegrywam z rowerem, atrakcyjnymi blondynkami i prawobrzeżnymi artystami.
P.S. Odczuwam potrzeby autodestrukcyjne.
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Sen z galerii
Dziwne dziwne przemarzeniowe sny śnią się gdy słońce poranne szczypie w powieki, a budzik spada za łóżko.
Scenka trzyosobowa. Szefowa, kolega i ja. Dyskusja jakaś sympatyczna trochę nieoficjalna: nowa wystawa. Pani N. wpadła bowiem na pomysł, żeby obrazy Gozdeckiej postawić na łóżkach i je odpowiednio wyeksponować. Ja zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, bo powierzchnia wystawowa pomieści jedno, najwyżej dwa łóżka, a obrazów jest całe mnóstwo. Tymczasem kolega R. zaczyna opowiadać o jakiejś wystawie tej autorki w Rzymie, gdzie wygłaszany był dodatkowo wykład na temat genialnej twórczości malarki.
-Wszystkim się podobało. a ten pomysł z łóżkami jest na prawdę świetny!-komplementuje.
Ja ciągle nic nie rozumiem. Przytakuję grzecznie. Jak oni zmieszczą tam te łózka?I po co? To są abstrakcje, a nie erotyki! Nic nic nic nie rozumiem! A sytuacja jest bardzo realna. Te same wnętrza, głosy twarze...Budzę się z poczuciem ogólnego nieobczajania świata, co uświadamia mi, że połowa rzeczy, które robię jest przytakiwaniem dla świętego spokoju.
Moi rodzice mają rację- za grosz buntu. Może powinnam w końcu uwolnić moją podświadomość?

Zdjęcie jest na pamiątkę wielkiego muzyka, który niestety już więcej nie zagra. Kiedy ostatnio byli w Polsce nie miałam pieniędzy na bilet. I teraz złość mnie bierze na moją cholerną oszczędność.
Szkoda.
Scenka trzyosobowa. Szefowa, kolega i ja. Dyskusja jakaś sympatyczna trochę nieoficjalna: nowa wystawa. Pani N. wpadła bowiem na pomysł, żeby obrazy Gozdeckiej postawić na łóżkach i je odpowiednio wyeksponować. Ja zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, bo powierzchnia wystawowa pomieści jedno, najwyżej dwa łóżka, a obrazów jest całe mnóstwo. Tymczasem kolega R. zaczyna opowiadać o jakiejś wystawie tej autorki w Rzymie, gdzie wygłaszany był dodatkowo wykład na temat genialnej twórczości malarki.
-Wszystkim się podobało. a ten pomysł z łóżkami jest na prawdę świetny!-komplementuje.
Ja ciągle nic nie rozumiem. Przytakuję grzecznie. Jak oni zmieszczą tam te łózka?I po co? To są abstrakcje, a nie erotyki! Nic nic nic nie rozumiem! A sytuacja jest bardzo realna. Te same wnętrza, głosy twarze...Budzę się z poczuciem ogólnego nieobczajania świata, co uświadamia mi, że połowa rzeczy, które robię jest przytakiwaniem dla świętego spokoju.
Moi rodzice mają rację- za grosz buntu. Może powinnam w końcu uwolnić moją podświadomość?

Zdjęcie jest na pamiątkę wielkiego muzyka, który niestety już więcej nie zagra. Kiedy ostatnio byli w Polsce nie miałam pieniędzy na bilet. I teraz złość mnie bierze na moją cholerną oszczędność.
Szkoda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)