piątek, 27 sierpnia 2010

Wiesiek idzie...

Na początek, dla tych, którzy nigdy nie słyszeli - proszę posłuchać.
A teraz do rzeczy.
Przez moje z letnia otwarte okno dachowe, w środku nocy jął sączyć się depresyjny, uparty opad atmosferyczny. Zerwałam się zaalarmowana złowrogim bębnieniem w szyby i rzuciłam się do ewakuacji drogocennego sprzętu elektronicznego zagrożonego zalaniem. Przy okazji, zupełnie przypadkiem spojrzałam w twarz Ponurej Aurze. Gruby błąd. Nie wiem, czy jest Państwu wiadomym, iż Ponure Aury na meteopatów działają jak Bazyliszek na niewinnego grotołaza - zmieniają. W moim przypadku, dzięki Bogu, nie w kamień, ale jednak - coś się zmieniło...
Poranek przywitałam nieznacznie siąkając nosem. Owinąwszy się kołdrą dla zredukowania chłodu, podreptałam po ciepłe skarpetki. Na śniadanie gorąca kawa i grzanki. Potem prysznic o temperaturze bulgoczącego ukropu. Do ubrania - miast ulubionych dziurawych szortów - ciepłe portki. Wszystko co robię, podświadomie skierowane jest ku zwalczaniu jesiennego chłodu i wilgoci. Już mi się nie chce iść na spacer. Wolę zostać w domu i grzać łapki o obudowę ledwo zipiącego laptopa. Jest ciemno, zimno, listopad...Wtem patrzę na nagłówek dzisiejszej gazety - 27 sierpnia. Sierpnia!? To znaczy, że co? Lato? Pareo, bikini i mojito? Jeszcze nie - kaszmir, saszki i kakao? O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i z tego powodu wszystko mi się poprzestawiało. Walczyć z tym, czy się poddać?

Przecież taka aura bywa całkiem przyjemna, a nawet romantyczna. Wypad do kina. Deszcz siecze, watr wieje, wywracają się parasole, a im mniejszy współczynnik ilości parasoli w przeliczeniu na dwie osoby - tym większa szansa na sympatyczne momenty. Wtedy nawet CH Arkadia zdaje się być miłym miejscem. Albo takie zakupy szkolne - z lubością wspominam kupowanie nowych, pachnących zeszytów i książek do szkoły. Lans na designerski ołówek czy nowy sweterek w paski na początku września. Łapanie ostatnich promieni słońca z gorącą czekoladą w ręku ławce przed szkołą. Jest jeszcze czas na wszystko. Ploty. Plany. Pląsy. A nawet teatr eksperymentalny, albo spacer po Parku Saskim.

I czemuż ja się chowam przed tą jesienią? Przecież to wszystko wszystko zaczyna się układać, wyjaśniać, urzeczywistniać. Porzucam wakacyjne mrzonki i zaczynam działać. Dalej z posad bryło świata! - wołam tedy i pozostawiam Szanownych Państwa z tym oto hasłem. Niech no już ten Wiesiek przychodzi, skoro rady na to nie ma - jestem gotowa!

niedziela, 15 sierpnia 2010

Próżność


Pławię się w samozachwycie, ale to nie moja wina!
ONA temu winna, ona temu winna...

piątek, 13 sierpnia 2010

Ni Hiob, ni Syzyf

Dnia 13 sierpnia, w piątek, Marta S. nie może nadziwić się swojemu szczęściu. Nie jest to jednak ten rodzaj szczęścia, jaki daje wygrana w LOTTO trzynastu milionów złotych. Nie jest to szczęście dziecka na widok lizaka, ani zakupoholiczki w czasie wyprzedaży w Zarze. Marta S. doznała niemal buddyjskiego objawienia podczas nagłego wkroczenia w głęboką kałużę. W tym dość nie przyjemnym momencie skłonny do przekory mózg Marty S. postanowił krótko podsumować niezbyt długie życie swej właścicielki. Konkluzja? Jest dobrze, Marto S., jest wręcz doskonale!
A niby czemu, skoro piątek trzynastego, noc ciemna i bura breja pod stopami?
Przyczyna całego radosnego stanu rzeczy ma 21 lat, 185 cm wzrostu* i zielone oczy. Zajmuje się prawem, muzyką jazzową i ezoteryką, a w wolnych chwilach mordowaniem cyfrowych nazistów i oglądaniem małych kotków na youtubie. Przyczyna jest droga sercu, umysłu i ciału Marty S. od dłuższego czasu, a mimo to ciągle powoduje to niezwykłe uczucie beztroskiego unoszenia się nad ziemią...Osobiste wywody nie powinny stanowić głównej treści poważnego dziennika internetowego, ale cóż tu począć, skoro "tako rzecze" sam umysł? Po prostu, Marta S. to nie żaden Hiob, ni Syzyf, ni Prometeusz. Marta S. to szczęściara jakich mało.



- - -
*)Chociaż w dowodzie osobistym ma 184, a planuje urosnąć do 186 cm.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Wakacje. I powakacje.

Wiem, że skandalicznie zaniedbałam pisanie, ale ostatnimi czasy bardziej żyję niż rozmyślam. Strzępki pięknych refleksji przychodzą do mnie wyłącznie w samochodzie, w autobusie, gdzieś w dziczy...Wszędzie tam, gdzie nie ma komputera, w którym można byłoby zapisać swoje nader głębokie teorie (a pisuję wyłącznie na komputerze, bo pusta biała kartka wywołuje we mnie paraliżujący horror vacui).
Wakacje w tym roku były krótkie, acz intensywne - najpierw Open'er (koncertowe wydarzenie moje go życia- po trzykroć bosko!), potem żagle w klimacie nieco zgredziałym (ale i tak było przemiło), a następnie deszczowy tydzień na Warmii z Harry Potterem w tle.
Teraz sierpień mija mi na bujaniu się po ładnych parkach z Lubym Krzysiem, składaniu jeansów w pracy i twórczości krawieckiej (z różnym skutkiem...). Z nudów stałam się niemalże fashion victim - wszystkich bym poprzebierała, umalowała, przemodelowała, żeby czuli się piękni i zadowoleni z życia. Jak zawsze,u mnie kończy się tylko na zamiarach. Co innego artystyczna dusza, figurująca w linkach jako Lady Aldonna. Przygotowania do z dawna oczekiwanej sesji zdjęciowej pociągnęły za sobą dużo interesujących przeżyć takich jak: pięciokilometrowa pielgrzymka po ciuchowych sanktuariach Warszawy, wielogodzinne , dramatyczne przebieranki w moim pokoju, wykonywanie profesjonalnego makijażu na parkowej ławce, lekkie negliżowanie się przed tłumem turystów, czy potencjalne łapanie grzyba w publicznym zbiorniku wodnym. Ale to wszystko warte było zachodu, ponieważ dla zakompleksionej, ale chwilami próżnej osóbki jak ja, nie ma nic przyjemniejszego niż tysiąc zdjęć ze mną w roli głównej. Aldonna jest artystką, a nie faszystką, i dlatego zdjęcia mogły być tworzone zarówno przez fotografa jak i modelkę. Bardzo "czułam" wybrany przez nas plener (zielono!), jak również sam pomysł na sesję, stroje i stylizacje, a do tego ta odrobina wariactwa na deser... Było świetnie - bardzo dziękuje Pani Fotograf!

PS. Jak wam się podoba nowy retro-wygląd?

piątek, 25 czerwca 2010

Maraton.

Wczoraj rozpoczęłam maraton. I to podwójnie. Po pierwsze, po napisaniu (niekoniecznie zdaniu, ale mniejsza o to) egzaminu z urządzania i budowy obiektów architektury krajobrazu (4 semestry, pełne portki), wchodzę teraz w okres nadrabiania zaległości towarzyskich. I teraz wermuciki, wina, nalewki, drinki, żubrówki, żurawinkówki, żołądkowe, śledzionowe, wątrobowe(jak by nie patrzeć - każda wódka jest wątrobowa...). A z zewnątrz sukienki, cienie, róże, szpilki, małe torebki, nocne autobusy. Podłogi, łóżka, fotele, bary.
Nocne autobusy i nocne ulice.
Na przykład wczoraj - z Woli pod Smyka. Było całkiem miło - to właśnie ten drugi mały maratonik.
I tylko dziś, miast kaca - zakwasy:)

sobota, 5 czerwca 2010

And I'm watching the late show in my flat...

Mam w zwyczaju wylewać moje frustracje. Internet jest akurat pod ręką.
Czuję się wiejsko i biednie.
Wiejsko - bo jestem daleko od wszystkich, w zalanym burzowymi falami Sand-City, do którego nikomu nie chce się pofatygować. Szkoda. 90m2 leży odłogiem. A ja piątkowy wieczór spędzam pod kołdrą nucąc Abbę.
Half past twelve
And I'm watching the late show in my flat all alone
How I hate to spend the evening on my own
Autumn winds
Blowing outside the window as I look around the room
And it makes me so depressed to see the phone
There's not a soul out there
No one to hear my prayer


Jest mi wiejsko podwójnie - ze względu na pogardę świata wobec mojej placówki naukowej Szkoły Głównej itd itd. Co z tego, że mamy status uniwersytetu. Na twarzy moich znajomych hasło "SGGW" zawsze wywołuje taki specyficzny uśmieszek (coś jakby "A co, nie dostałaś się na UW"). Otóż, nie. Świadomy wybór. Mój kierunek - trudny, wymagający kreatywności, organizacji czasu, talentu, znajomości 500 drzew, i kilkuset roślin ozdobnych, fizyki, chemii, biologii, geografii, historii sztuki, matematyki, filozofii, geometrii, rysunku...Ale wciąż - wieś.

Biednie jest mi, bo głupio mi prosić o cokolwiek rodziców. Wystarczy, że siedzę im na głowie. Dlatego czekam do wypłaty, żeby wydrukować prace. Taki los. Nie mam mieszkań w centrum, ojca z limuzyną, ciuchów z ekskluzywnych sklepów. Mojej wiejskości nic nie zamaskuje.

Jestem sfrustrowana. Przepraszam.

niedziela, 2 maja 2010

+20



Jest mi nielegalnie beztrosko. Ale lubię ten stan. Wcale nie jest mi przykro. Kocham moje życie tu i teraz. Kocham pędzić przez słoneczne miasto w szortach. Kocham turlać się po zimnej kołdrze. Czuję, że zaraz wybuchnę miliardem nowych pomysłów - to uczucie też kocham.
+20 i wszystko jest doskonale :)