poniedziałek, 18 listopada 2013

Dziękuję

Są takie podłe dni (i tu podkreślę liczbę mnogą - "dni", liczebnością dążące niestety raczej ku tygodniom...), gdy wszystko nabiera morderczego tempa. Wydawałoby się, że jest spokojnie, stabilnie, stosownie. Nagle jednak zwala się na głowę lawina miliona niezałatwionych spraw, które ktoś pragnie wyegzekwować ode mnie WŁAŚNIE TERAZ. Już. Na wczoraj. Zaczynam pędzić, uganiam się za tymi sprawami jak spanikowana matka - kaczka za swoim potomstwem biegnącym w swej niefrasobliwości pod koła samochodu. Co gorsza, kaczęta zdają się w trakcie swej ucieczki, rozmnażać się przez pączkowanie. Jest ich tyle, że staję w końcu na krawędzi szosy i mogę tylko patrzeć jak ciężarówki robią z nich pasztet.
Wykreślanie spraw do zrobienia z długaśnej listy wcale nie sprawia ulgi, jak to było kiedyś. Za każdą odhaczoną pojawia się następna. Bardziej złożona. I radź tu sobie człowieku o nadwrażliwej, jak się okazuje, psychice. Przekonanie o mojej własnej odporności na stres zostało ostatnimi czasy zweryfikowane dość boleśnie. Z tego sprawdzianu wyszłam z dwóją za ataki paniki w obliczu dead-line'u, za bóle brzucha kojone filiżankami melisy, ponure myśli, godziny przepłakane w toalecie. A wydawałoby się, że jak człowiek przeszedł kilka poważniejszych testów tego typu (praca to przecież bzdura w obliczu kwestii rodzinno-międzyludzkich - w tym kontekście byłam prawdziwym He-manem i Potęga Posępnego Czerepu była ze mną) , to nic go nie ruszy. Że zawsze będzie tym, co ma najtwardszą dupę w mieście. A tu klops. Ryczę jak nastolata, która nie dostała biletów na Justina Biebera.
Co mnie wyciąga z tych parszywych lochów pracoholizmu połączonego z praco-fobią? Poza niewzruszonym Towarzyszem Życia oraz psiną, która jak mistrz zen potrafi usnąć słodko na moich kolanach, nawet gdy dygoczę ze strachu przed nadchodzącym dniem, ratuje mnie jak zawsze muzyka. 
Bez tych 20 minut w autobusie ze słuchawkami na uszach nie przetrwałabym dnia. Dlatego niniejszym dziękuję kilku artystom, którzy swoją twórczością utrzymywali mnie przy życiu.
- Cut Copy, za utwór Free Your Mind.
- Rebece za Melancholię i Fail (zwłaszcza w wersji live)
- Kamp! za Zen Garden i, jak zawsze, Cairo (i za koncert:)
- Flight Facilities za Clair de Lune
- London Grammar za When We Were Young
- The Shins za Australię

Dziękuję!
Dobranoc.

niedziela, 3 listopada 2013

2%

      Wieść gminna niesie, że człowiek wykorzystuje jedynie 2% możliwości swojego mózgu. Jeśli to chociaż po części prawda, umysłom naszym należy się głęboki ukłon ze starodawnym omieceniem ziemi kapeluszem. Ja przynajmniej taki ukłon mam zamiar moim szarym komórkom złożyć, ponieważ obserwacja potęgi działania jedynie tych 2%, doprowadziła mnie do zaskakujących wniosków.

     Od jakiegoś czasu uczę się, powoli i z trudem, nabierania życiowej równowagi, aby być tym "pier*** kwiatem lotosu na powierzchni jeziora" na co dzień. W tej walce, moim podstawowym wrogiem wydawał się mój umysł, przez lata trenowany do zachowania zdystansowanego, bezpiecznego pesymizmu. Zawsze zakładam najgorsze możliwe scenariusze - najwyżej miło się rozczaruję! Wtedy sądziłam przewinięcie się nawet jednej pozytywnej myśli przez głowę, mogło zniweczyć całą grę ze wszechświatem, który jest z natury przekorny. Stąd utrzymywałam się w negatywnym nastawieniu do czegokolwiek, momentami wpadając w spektakularną rozpacz, by Los rozwiązał kwestię dokładnie odwrotnie niż oczekiwałam, czyli de facto na moją korzyść...pokrętna logika.
 Od pewnego momentu, którego nie umiem dokładnie zdefiniować, ale stało się to dość niedawno, stwierdziłam, że taka postawa często staje się samospełniającą przepowiednią. Wszechświat nie chciał grać ze mną w tę grę i uzyskiwałam oczekiwane wcześniej marne rezultaty.
Przeprowadziłam kilka eksperymentów w celu odwrócenia tego procesu - przełamując latami trenowany mechanizm, siłą zmuszałam się do pozytywnego oczekiwania. Lub wręcz - wyłączenia procesu produkowania tysięcy scenariuszy (niezależnie czy dobrych czy złych). Mocne trzymanie się tego, co jest tu i teraz spowodowało, że przestałam planować rzeczy na lata do przodu, jak to miałam w zwyczaju. Na pytania typu "A co będzie za pół roku?", "Co będziesz robić za rok?", "A co potem?" nauczyłam się odpowiadać "Nie wiem"lub "Zobaczymy". I faktycznie - coś zawsze się działo. Rzeczy nabrały tendencji do samodzielnego rozwiązywania. Bez przepłakanych miesięcy w strachu przed egzaminem/ważnym spotkaniem/wynikami konkursu itd. itd.
Dodatkowo okazało się, że pozytywne wykorzystanie sił swojego umysłu i otwarta postawa wobec przyszłości wcale nie powoduje rozpaczliwego opłakiwania porażek. Nawet jeśli nie udawało mi się osiągnięcie danego celu, udawało mi się przejść nad tym z wnioskiem "Czegoś się nauczyłam. Najwyraźniej powinnam robić coś innego. Droga wiedzie gdzieś indziej". Czasem było żal, jasne. Ale przecież tyle przede mną! A czego? Nie wiadomo. I dobrze.
Jasne, nie stałam się geniuszem teraźniejszości jak psy lub Eckhart Tolle. Bywały momenty, gdy wpadałam w panikę lub stres bez widocznej logicznej przyczyny - najczęściej okazywało się, gdzie w moim wielowątkowym toku myślenia (bez mojej świadomości) pojawiła się wydeptana ścieżka pesymistycznych bajań. A to powodowało ścisk w żołądku przed pójściem do pracy. Drżenie rąk. Pięć opryszczek na ustach, które wyrastały w ciągu kilku godzin jak parszywa plantacja kosmicznych grzybni rodem z Archiwum X. Dopiero wyplątanie tej trującej nitki z warkocza tętniących neuronów pozwalało na odzyskanie spokoju. Czasem pomagał też wyjazd na urlop i kategoryczne postanowienie nieodbierania telefonów z pracy. Dzięki Ci, Matko Naturo, za bułgarskie Złote Piaski (tak, dostrzegam pozytywne aspekty pobytu w tym dziwacznym konglomeracie dawnego Stadionu X-lecia i Juraty w środku lipca) oraz Matko Europo, za stosunkowo wysokie koszty połączeń w niektórych krajach Unii:)

     Ostatnio mój umysł spłatał mi podwójnego figla. Postanowiłam się nań za to nie złościć, tylko podziękować za nauczkę. Kilka ostatnich tygodni upłynęło mi pod znakiem intensywnego zapierdzielu z pracy z dodatkowym czynnikiem stresogennym w postaci przyjęcia większej dawki odpowiedzialności za wykonywane zadania, co przy naszej dziwacznej niehierarchicznej-ale-trochę-jednak-hierarchicznej strukturze, nie jest rzeczą prostą do zdefiniowania i do zrealizowania. Efekt: poczucie przyjęcia odpowiedzialności przy jednoczesnym braku kontroli. Do tego dołożyć należy, szalenie przyjemne, planowanie ślubu i wesela. Tu mogę sobie nadrobić brak nadzoru - tu mam kontrolę nad każdym aspektem. A rzeczy do ustalenia jest dużo i wszystko to sprawia taką frajdę...Kiedy schodziłam rano po schodach owinięta w burą kurtkę i szalik, widziałam siebie idacą tymi schodami o 12.30 dnia 24 maja 2014 w perfekcyjnej sukni z jedwabiu. Już czułam jak stukają moje doskonałe buciki na 8cm obcasie. Z taką małą kokardką. I mam bukiecik z piwonii. I jest tak bosko. Snucie takich wyobrażeń jest tak miłe i przyjemne, że tym trudniej wyrwać się ze świata marzeń i szukać pozytywów w ponurym jesiennym poranku. Tak łatwo jest zostać w tym pięknym świecie wiecznej wiosny i szampana. Dodatkowo, konieczność spoglądania do kalendarza na przyszły rok, obudziło, zdawałoby się, zupełnie już pokonaną bestię Dalekosiężnego Planowania. To już nie tylko marzenia tylko konieczność podejmowania decyzji z wyprzedzeniem. Mój umysł postanowił włączyć jednostkę Dalekosiężnego Planowania na stałe. I do każdego aspektu życia. Nie umiałam używać tego mechanizmu tylko wtedy, gdy było to konieczne. Ponownie zaczął on rządzić wszystkim. I bardzo przywiązałam się do powziętych postanowień...
To samo podstępne 2% mózgu pomogło mi się z tego otrząsnąć. Jak wiadomo, najskuteczniej wychodzi to terapią szokową. W trakcie snucia kolejnych wizji przyszłości, wróciło do mnie, z całą mocą, czarnowidztwo. Wystarczyło, że zadałam sobie sakramentalne pytanie "A co by był gdyby...". I zaczęło się. Wyobrażenie stało się na tyle żywe, że zaowocowało zupełnie realnymi objawami - fizycznymi, psychicznymi, sytuacyjnymi (interpretacja wypowiedzi innych osób jako znaków, że tragiczny scenariusz rzeczywiście ma miejsce). Wszystko eskalowało od lekkiego przeczucia, po głębokie przekonanie, że faktycznie tak będzie, aż do produkcji kolejnych scenariuszy pod hasłem "Ok, jeśli tak, to zrobię tak/ lub tak/ lub tak...". Lawina ruszyła.
Szczęśliwie w swym ekstrawertycznym charakterze mam wpisaną konieczność GADANIA i opowiedziałam wszystko K., który dzięki temu, że jest Słuchaczem Tak Cierpliwym, naprowadził mnie na rozwiązanie całej sytuacji. Kiedy wypowiedziałam na głos całą istotę mojego lęku i zaczęłam logicznie szukać przyczyny, wszystko stało się jasne. Moje irracjonalne poczucie strachu wynikało z powrotu do snucia przyszłych scenariuszy. Mój mózg, jak inteligentna kuchenka indukcyjna, zaczął pikać, ponieważ jednak z funkcji została niepotrzebnie uruchomiona! Umysł zawołał - Halo! Używasz mnie zbyt dużo - możesz wyłączyć to 0,001% odpowiedzialne za planowanie przyszłości. Bo jak nie, to będzie się działo właśnie TO.
Dramatyczny tydzień nauczył mnie, że czasem warto myśleć MNIEJ. I to jest właśnie potęga 2% ludzkiego umysłu!

poniedziałek, 27 maja 2013

Do pióra!

Trudno uwierzyć, że zamilkłam na tyle miesięcy. A przecież miałam o czym pisać - przez tę, wydaje się, krótką chwilę pozmieniało się bardzo wiele. Adres, status relacji na fb, długość psiego futra, pora roku. O każdej, z tych rzeczy, można byłoby pisać, ale nadszedł moment, kiedy w końcu zaczęłam inwestować nieco więcej energii w pisanie poza-blogowe. Stara kobieta wysiaduje. Co też kryje się pod stosem szmat i śmieci?
Na razie wiodę spokojny żywot kryptoliterata przed coming-outem. Z tajemniczym uśmiechem obserwuje ludzi na ulicy i staram się dopasować ich do świata rozrastającego się bujnie w mojej głowie. Przekształcam wspomnienia w puzzle z nieistniejącej jeszcze układanki. Nie mam obrazka na wzór. Nie wiem czy narzucać sobie morderczą dyscyplinę, czy też może zabierać się do tego powolutku. Jak do straszliwie słodkiego tortu, który karnie trzeba skonsumować na część szczęśliwego jubilata - zjadać ciasto stopniowo, po małej łyżeczce, przez kilka godzin, ryzykując, że nie wyrobię się z tym do końca imprezy? A może wchłonąć cały tort za jednym zamachem wraz z plastikowym talerzykiem, popić setką i liczyć, że żołądek będzie posłuszny? Nadmierne rozwlekanie każdego procesu twórczego jednak odbiera efektowi końcowemu początkową lekkość, a pod koniec człowiek męczy się nad każdą kolejną kreską... Lepsze jest wrogiem dobrego. Ale czy można rzucić wszystko dla niepewnej swego bytu historyjki? Kierat czy wolność? Odpowiedź na to pytanie nie jest tak oczywista, jak się wydaje. I nikogo, by rozwiać smętne mgły moich wątpliwości...
Z zazdrością obserwuję humanistycznych znajomych swobodnie dzielących się rozterkami na temat trudów pisania. Ich na to przygotowano przez kilka lat studiów, przyjaciele i rodzina otaczają ich puchową kołderką porad, zapewnień, solidarnych westchnień nad trudem pisarza. A ja tkwię w szafie tak głęboko jak wąsaty Ojciec Polak, który odkrywa, że bardziej od sąsiadki podoba mu się sąsiad. Boję się o tym rozmawiać, by nie spotkać się z niemile zaskoczonymi spojrzeniami i komentarzami (nawet jeśli nie wypowiedzianymi, ale wyczuwalnymi w domyśle) "Ale ty przecież jesteś inżynierem...". A może to ja sama mówię tak do swego odbicia w okrągłym lusterku w przedpokoju? "Jestem tylko inżynierem. Czy sama wyobraźnia wystarczy, by pisać?". A może dobrej literaturze niezbędne są wykłady, seminaria, dyskusje o czwartej nad ranem o Sartrze i Kafce? Ale ja nie lubię Sartre'a. Ani Kafki. Ani filmów o wojnie. Ani esejów literackich.
Chcę do roboty - ubrudzić sobie ręce, grzebać nimi u podstaw. Po łokcie. Dalej, bryło, z posad świata. Sześcianie, ostrosłupie, stożku. Robotnicy do fabryk, pasta do butów, inżynierka do pióra!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zamykam na chwilę oczy

Spośród dziwacznych zjawisk występujących w przyrodzie, jednym z najbardziej fascynujących jest pewne szczególny efekt, który roboczo nazywam "Zamykam na chwilę oczy". Nie mam tu na myśli mojej odwiecznej, porannej walki z budzikiem. Chodzi mi o to trudne do wytłumaczenia, magiczne sprzężenie pragnień i rzeczywistości, którego doświadcza się szalenie rzadko. 
Chcę strasznie, żeby to się stało - to może być cokolwiek. Chcę to osiągnąć. Wygrać. Dostać to w swoje ręce. Marzę o tym miesiącami, latami. Każdy elektron w moim ciele porusza się tylko dlatego. Buduję na tym swoje prywatne wszechświaty. Alternatywne scenariusze. "Co zrobię, kiedy WRESZCIE...". Patrzę na zegarek. Dłuży mi się to czekanie. Moja podświadomość siedzi zziębnięta na przystanku, a cholerny nocny nie chce przyjechać. Myślami jest już w jego ciepłym, zalatującym nieco wczorajszym żulem, wnętrzu. Wypatruje świateł. A jego ciągle nie ma. Przyjedź wreszcie! Przyjedź! Przyjedź! Przyjedź!
W końcu obojętnieję. Pragnienie pozostaje dobrze ukryte, gdzieś pod kolejnymi stertami "rzeczy do zrobienia". Pod spotkaniami z ludźmi. Pod pracą. Pod kupowaniem mrożonek i krojonego chleba. Pod gapieniem się na padający śnieg. Ogień lekko przygasa, ale ciągle tam jest. Część mnie siedzi z zaciśniętymi pięściami, żołądkiem skręconym w paragraf. Nakręcona adrenaliną. Dla tego kawałka podświadomości oczekiwanie nigdy się nie kończy. Jest jak hollywoodzka gwiazda nominowana do Oscara w kategorii "Najlepszy Aktor". Kręci się w swoim aksamitnym fotelu. Z nerwowym uśmiechem wpatruje się we wręczającego. And the winner is... Słyszy szelest otwieranej koperty.
Wtedy właśnie, kiedy świadomość usypia na dobre, a podświadomość osiąga maksymalny poziom napięcia, zamykam na chwilę oczy...i wygrywam. W tym jednym momencie rzeczywistość nasiąknięta moimi pragnieniami przełamuje się gwałtownie. Spełniają się najbardziej nieprawdopodobne marzenia. Spływa po mnie gorąca fala radości i niedowierzania. Moment ten jest TAK nierealny, a tak do bólu rzeczywisty. To tak, jakby zobaczyć Wielki Wybuch. Od środka. Miesiące nerwowego oczekiwania nagradzam okrzykiem tryumfu. Ta sekunda trwa znacznie, znacznie dłużej. Obserwuje drobinki kurzu unoszące się w powietrzu w zwolnionym tempie. Słyszę swój puls przypominający odgłos walącego się budynku. Jest jak pod wodą. Czas gęstnieje. Unoszę się w nim swobodnie i promieniuje szczęściem jak uranowy rdzeń elektrowni atomowej.
I nie zależnie, co dzieje się potem w jej konsekwencji - zachowuje ją na zawsze. Rzeźbię ją w korze mózgowej na wieczną pamiątkę. 
Czasem wracam tam we śnie. Budzę się z uczuciem, jakbym właśnie połknęła kosmos.

niedziela, 9 grudnia 2012

Gollum

Coś czai się we mnie tak głęboko, że nie znajduję odpowiedniego słowa, żeby to nazwać.
Minus dziesięć nie tylko na dworze. Mam minus dziesięć w mózgu. Przeszłam na tryb awaryjny i nie swoich reakcji. Chciałabym, żeby wynaleziono język, w którym mogłabym o tym opowiedzieć. Chciałabym, żeby istnieli ludzie umiejący z tego bełkotu wyłowić sens.
Tymczasem siedzę przed pustym ekranem.
I nie wiem nic.
Jest w tym oczekiwanie. Niecierpliwość. Lęk. Irytacja. Tęsknota. Poczucie winy. Wściekłość. Na kogo? Na siebie samą prawdopodobnie. Czego ja do cholery chcę? Kim jest ten podstępny Gollum mieszkający pod moją czaszką i do czego mnie doprowadzi?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Święto Niepodległości

Piwo jest tylko lekko żółtawe, a jego powierzchnię pokrywa tłustawa warstwa niezidentyfikowanej substancji. Przypomina ona tęczowe benzynowe ślady pozostawiane na kałużach przez korodujące małe fiaty. Piwne lustro odbija światła wiszących nad barem żarówek okręconych różową folią, chyboczące się linie jarzeniówek z korytarza, reflektory ze sceny i niebieskawe refleksy pochodzące z ekranów smartfonów.
Kubek jest oczywiście plastikowy, więc płyn niebezpiecznie chybocze się, kiedy przemykam się między betonowymi kolumnami a ramionami zgromadzonych ludzi. Ramiona są nagie, tatuowane w abstrakcyjne wzory lub cytaty z Mrożka zapisane sanskrytem, w koszulach po dziadku, w drapiącej koronce, w poliestrze podszywającym się pod jedwab. Każde ramię wita się z moim. Zostawia ślad. Udawany pocałunek ciotki, którą widuje się tylko na ślubach i pogrzebach. W takich warunkach lepiej zapomnieć o osobistej przestrzeni i pogodzić się z tymi przypadkowymi spotkaniami materii.
Nie mogę zdecydować się, czy lepiej pić małymi łyczkami i dawkować sobie kwaśno - gorzką, niepokojąco urynalną, substancję powoli, czy też może żłopać jak stu kilowy fan Kultu i mieć to za sobą szybciej. Stawiam na opcję numer dwa i po chwili czuję się jak smętny balonik z helem, ostatni na straganie, zapomniany, przywiązany do ciężkiej podstawy, którą stanowią moje nogi. Cała moja masa skupia się do wysokości kolan. Część powyżej buja się bezwładnie i za wszelką cenę stara się dosięgnąć sufitu. Stopy ważą jednak za dużo. Potrącający ludzie wprawiają mnie w ruch wahadłowy. Piwo chlupocze sobie radośnie w moim żołądku jak Jezioro Śniardwy przy 7 w skali Beauforta. 
Świateł jest coraz mniej. Na scenie pozostaje tylko kilka punktowych reflektorów. Tłum stopniowo się kondensuje. Najważniejszy staje się zmysł dotyku, a zwłaszcza szczególne warunki odczuwania temperatur. Rządzą tu skrajności. Betonowy filar jest lodowaty i promieniuje nie tylko na całą moją prawą rękę i nogę, którymi się o niego opieram, ale także na szyję, policzek, całą prawą półkulę mózgu. Po lewej mam plątaninę ludzkich kończyn i korpusów, które jak mała elektrownia atomowa grzeją mnie aż za bardzo. Czyjeś spocone już pod czarnym podkoszulkiem plecy, pachnące jak sala gimnastyczna w gimnazjum. Nogi wciśnięte w lateksowe legginsy. Gęste, kręcone włosy przypominające w dotyku wełniany sweter. Wentylacja lewej strony mojego twardego dysku nie wyrabia. Przegrzewa się. Następuje zwarcie. Konserwator będzie dopiero w poniedziałek. Za utrudnienia przepraszamy. 
Prawa strona mojego mózgu - intuicyjna, pierwotna, niezorganizowana - przejmuje władzę. Tracę wypracowany ironiczny uśmieszek, który pozwolił gładko wtopić się w tło stołecznej hipsterki. Wypijam kolejny toksyczny napój piwopodobny. Z pierwszymi taktami muzyki płynącej ze sceny, zaczynam stapiać się z tłumem. Czuję płynące przeze mnie genialne metafory, wiekopomne wersety, peany na cześć młodości i szaleństwa. Jest dionizyjsko. Nie jest appollińsko. A to dopiero początek. Rozpędzam się. Staje na krawędzi. Czy zrobię krok dalej? Czy rozłożę ręce i skoczę jak Pocahontas? Ale przecież mam lęk wysokości - przypominam sobie nagle w ostatnim przebłysku rozsądku. Wbijam paznokcie w przedramię. Chcę dać sobie w twarz, żeby zresetować zrestartować lewą stronę. Nie możesz skoczyć, pamiętasz? 
Wycieram gorące od klaskania dłonie o podkoszulek. Wybiegam do toalety ukrytej chłodnym przejściu między salami. Opieram głowę o ścianę pomalowaną do połowy na odcień psychodelicznej zieleni. Przeciąg przynosi z dworu zapach opadłych liści i czerwonych malboro, które palą teraz wszystkie dziewczyny (chłopcy wolą Vogue mentolowe). Złota polska jesień. Udając Małysza nad pozbawionym deski klozecie w końcu wracam do rzeczywistości. System przywrócony. Wszystkie pliki ocalały. Uff.
Trwa przerwa. Czekam na gwiazdy wieczoru. Płynę w gęstej ludzkiej zupie w kierunku sceny. Co dwa ruchy ramion łapię oddech ponad głowami zebranych, by zapewnić sobie odpowiednią wentylację. Przez okno pod sufitem widać iluminowane wieże kościoła. City is my church. God is a DJ. Jestem blisko. Kiedy widzę pot ściekający po twarzy artysty czy zmarszczki pod oczami, albo wystające spod bluzki ramiączko stanika wokalistki, mam poczucie jakiejś niesamowitej realności tego, co się dzieje. Że to jest NA PRAWDĘ. Jestem cała tu i teraz. Chcę wchłonąć tę chwilę i nigdy się z nią nie rozstawać. Psychofanka w każdym calu.
Tłum nie jest już dla mnie masą obcych ludzi. Oni są przedłużeniem mojego stanu ducha - są zmultiplikowanym oczekiwaniem, podnieceniem, ciekawością. Funkcje życiowe zatrzymują się. Nie czuję głodu, pragnienia, senności. Adrenalina działa jak kilka puszek RedBulla, albo kreska białego proszku. Dalej dalej! 
Scena także czeka. Zawieszone w mdłym świetle statywy wyglądają jak dźwigi na niedokończonej budowie, kable kłębią się na podłodze jak pnącza, którym za wcześnie opadły liście. Instrumenty tworzą konstelację dziwacznych ready-made'ów. Sztuka dla sztuki. Kubizm, fowizm, nazizm. 
Przy akompaniamencie krzyków i wściekłych braw na scenie pojawiają się oczekiwani muzycy. Wszystko ożywa i zaczyna mieć swój cel. Gitary do grania, nogi do podskakiwania, ręce do braw, usta do śpiewu i krzyku. Jestem pszczołą robotnicą w tym ulu - skaczę w tym samym rytmie, klaszczę, śpiewam. Śpiewam. Śpiewam aż do pęknięcia płuc. Uwalniam swój głos, upchnięty na co dzień gdzieś w okolicach wyrostka robaczkowego, gdzie obumiera sobie powoli. Tylko w tłumie moich klonów, mogę zrobić coś takiego. Jestem bezpieczna. Jestem w domu. Ogłuszam się sama swoim głosem o niezidentyfikowanej nigdy barwie. Najważniejsze, że płynie. Stapia się z falą gorąca pochodzącą z rozgrzanych ciał, z padaczkowym rytmem świateł na scenie, z basem dudniącym w klatce piersiowej. Tańczy mi wątroba, nerki, woreczek żółciowy. Wszystkie wrażenia łączą się w jeden strumień. Przestaję rozróżniać zmysły od siebie. Światło ma metaliczny posmak, ciemność jest słodka. Bas pachnie jak asfalt po deszczu. Ciężko, ekstatycznie. Zapach potu jest śliski jak lycra. Łykane pospiesznie powietrze przesuwa się po języku z lekkim sykiem. Podłoga jest kleiście czerwona. Jesteśmy w żołądku wieloryba. Mamy się doskonale.
Stroboskop dzieli wszystko na klatki. Jestem w dziwnym filmie. Krótkie spojrzenia - przerywane mikrosekundowym ukłuciem. Gdyby trwała dłużej, może wszystko wyglądałoby inaczej? Ciemność jest bezpieczna i groźna za razem. Pociągająco nieznana, ale śmiertelna. Obie półkule się wyłączyły, więc teraz przeżywam wszystkie alternatywne scenariusze równocześnie. W niektórych z nich eksploduję radością i opadam na tłum jako kiczowaty, brokatowy śnieg. W niektórych moja dłoń jest tylko pół centymetra dalej - niby nic, ale może wywołać efekt motyla i świat skończy się szybciej, niż przepowiadali Majowie. W niektórych wszystko nagle się urywa i zdaję sobie sprawę, że to tylko sen.
Przebudzenie ogłasza, krótkie "Dziękujemy!" rzucone ze sceny. Stoję na lepkiej od piwa podłodze, mokra od cudzego i własnego potu. Potarganie włosów zahacza już o dredy. Jestem podeptana i posiniaczona. Ofiara przemocy. Cisza dzwoni mi w uszach. Wykasłuję resztki zalegającego w płucach basu i ruszam w noc, czekając, aż opadnie adrenalina. 

To było moje prawdziwe Święto Niepodległości.

środa, 4 lipca 2012

Kundel Bury

Początek wakacji zawsze kojarzy mi się z rozstaniami.
Albo wyjeżdżam ja, albo Ty. W tym roku dzieli nas kilka krajów i kanał La Manche. Szczęśliwie nie jestem jeszcze na etapie liczenia dni - staram się nie zastanawiać nad tym dłużej. Perspektywa końca tego miesiąca ciągle jest jeszcze bardzo odległa. Wszystko jest odległe. 
Nie chcę wiedzieć, co będzie w sierpniu, we wrześniu, bo gdzieś tam majaczy dorosłość. Pozbawiona dat przestrzeń. Stoję na klifie i patrzę w ocean. Żadnych klasówek, matur, egzaminów, prac naukowych do skończenia. Jest czysta linia horyzontu, na którą zazwyczaj tak lubię patrzeć. Jest to mój osobisty koniec świata. Podchodzę do niego z portugalskim saudade. Całe dzieciństwo chcesz dorosnąć, uwolnić się spod kontroli, nakazów, planów. Kiedy w końcu dochodzi się do tego punktu, nie wiadomo, jak się do tej upragnionej dorosłości zabrać. Zwłaszcza, kiedy jej wizja jest tak mglista jak moja. Zakłada ona w skrócie przejście przez życie, będące bujną, majową, polską łąką, w szmaciakach. Z K. pod rękę. Nie w klimatyzowanych korytarzach korporacji z perspektywami "Za 5 lat będę zarabiać tyle i tyle", "Za 10 lat kupię to i to". Nawet nie jako starchitekt krajobrazu w Danii, Anglii, Stanach.
Bo czy to źle zostać tu? Urosną mi od tego wąsy piłsudskie (lub nie daj Boże, dmowskie!), siatka z Biedronki przyrośnie do przegubu, a w garnku bulgotać będzie, li-i-jedynie, za słona zupa? Czy tak patrzą na mnie znajomi przemierzający świat w poszukiwaniu kariery i przygód? Bo dziś iść pod prąd, to chcieć być tu. W moim mieście. W mojej najpodlejszej i najukochańszej, w zimnej i upalnej, w brudnej i wypucowanej, w starej i nowej, zielonej i betonowej Warszawie. W stolicy kraju zwanego Radomiem Europy. Ja chcę zostać tu i budować zaścianek. Wydobyć z niego to, co ma najlepszego, najciekawszego. Nie przykrawać do norm, nie prostować zakrętów, nie tynkować ruin - pokazać go takim, jakim jest. Niech nie udaje Berlina, Paryża, Londynu. Niech będzie sobą - Warszawą. Polską. Krajem, co jest jak pies-znajda o parszywym pysku, krzywych zębach i wyleniałej sierści. Nie jest fryzowanym yorkiem w torebce Paris Hilton.  Nie jest rasowym chartem goniącym za rasowym królikiem w strzyżonym Husqvarną lesie Sherwood. Nie jest i nie będzie. A jednak kochasz tego kundla burego od pierwszego wejrzenia. Mimo, że zasika ci dywan i zje buty. A on kocha cię tak samo. Mimo, że zostawiasz go na cały dzień i nie dajesz szynki. Ja i mój kundel bury mamy przed sobą przyszłość. Nie Wielką. Nie Wspaniałą. Nie Epicką. Fajną. Bo kundel bury - fajny pies.