piątek, 2 października 2009

Mimozami jesień się zacina.

Rok akademicki rozpoczął się przewidywalnie. Wszystko, co przykre bowiem, postanowiło zgromadzić się nad mą biedną, studencką głową pełną jeszcze wakacyjnych wspomnień.

Podążając filozoficzną zasadą od ogółu do szczegółu, zacznę (jak Anglik) od pogody. Odkąd powróciłam znad Morza Śródziemnomorskiego*, czuję się jak pechowy pies Goofy, nad którego głową krąży złośliwa burzowa chmura i zlewa nieszczęśnika rzęsistym opadem, mimo, iż dookoła świeci słońce. Why does it always rain on me?-pomyślałam, obudziwszy się 1.października o 6 rano przy wtórze kropel na oknie. Termometr zdawał się mocno przesadzać, alarmując o syberyjskiej temperaturze 5,54 st. Celsjusza. Nie mylił się jednak, o czym boleśnie przekonałam się wybiegając z domu o 7. - mój perfekcyjny makijaż zaatakował opad o konsystencji i temperaturze wanilliowego shake'a z Macdonald's, na nosie osadził się szron, ręce zaczęły przypominać stalowe protezy Edwarda Nożycorękiego...A jednak- jesienna deprecha. Mam znowu doła, znów prrragnę śmierrci- wyszczękałam szczelniej owijając się szalem. Piosenka zespołu Kury postanowiła mnie nie opuszczać przez cały dzień. Gdy dwie godziny później znalazłam się na Ursynowie (a przypominam, iż moja chatka na kurzej nóżce leży jakieś 10km od tej dzielnicy Warszawy), wszystkie formy samobója zdążyły mi już stanąć przed oczyma.

Przed realizacją tych ponurych planów powstrzymała mnie specyficzna mania, która dotyka mnie zazwyczaj na początku października. Obsesja ta, to tzw.ostateczny plan zajęć. Tak zwany, bo nie ma on nic wspólnego z planowaniem czy organizacją czasu studenta. To tylko taki drobny wstęp do wprowadzenia, taka cisza przed burzą (I tu znów przed oczami mam niedojdę Goofy'ego i chmurę). Z chwilą gdy rozpoczynają się pierwsze zajęcia, zaczyna się walka na śmierć i życie, pojedynki na argumenty, szermierki słowne, mecze o wszystko Student vs Wykładowca. Początek jest grzeczny.
-Dzień dobry Profesorze, ja jestem z grupy 4...- Uczeń stara się podejść Nauczyciela.
-Tak? Słucham? - daje się podejść mile połechtany podwyższeniem rangi Pan Doktor.
-Bo ja mam taki problem z planem, bo jestem w AZS i mam treningi...- Chce zdobyć jego ufność słodkimi oczami porzuconego przez rodziców pisklęcia.
-O, reprezentuje pani uczelnię!- haczyk połknięty. Student zaciera kosmate łapki.
-Tak, to dla mnie bardzo ważne, a kilka zajęć niestety koliduje z moimi treningami i jestem zmuszona się przenieść.- pisklaczek trzepocze nieopierzonymi skrzydełkami i błagalnie otwiera dziobek.
-Tak?
-Czy mogłabym zostać w tej grupie?- decydujący cios. Zdradzieckie ptaszę zgłębia ostry dziób w trzewia ofiary i zaczyna szarpać bezlitośnie wątrobę Prometeusza nauki polskiej.
-Może, gdyby był ktoś na zamianę, to ewentualnie tak...- tytan próbuje się wyrwać.
-Ale tu jest mniej osób.- Orle szpony trzymają mocno.
-Ale tak nie wolno!
-Ale ja żadna grupa mi nie pasuje.
-Ale ja nie będę sprawdzać 20 kolokwiów.
-Stracę sens życia...
-Stracę wolne popołudnia.
-Bez stypendium sportowego będę musiała iść żebrać!
-Ale...-próbuje protestować Naukowiec
-Jak ja wtedy wyżywię moja rodzinę?! Mojego męża pijaka?! Moje dziatki w liczbie 7 kulące się z zimna na jakimś praskim strychu?! Co one będą jadły?! Ojczyzna nasza pozbawiona zostanie przyrostu naturalnego! I czyja to będzie wina?!- Studentka oskarżycielsko wyciąga drżącą dłoń ku Doktorowi.
Zapada cisza przerywana tylko z rzadka wyciem Ambulansu, wezwanego przez postronnych świadków.
Ciało Pedagogiczne kuli się na swym obrotowym krzesełku, tonąc w poczuciu winy.
Gdy Ratownicy Medyczni przetaczają Kadrę Naukową na nosze, dramatycznym szeptem wypowiada Ona sakramentalne słowa:
-Może pani zostać.
Studentka z miną zwycięzcy ostatecznej edycji Tańca z Gwiazdami, siada w ławce i ze spokojem zaczyna wypakowywać przyrządy kreślarskie.
Ta bitwa jest wygrana- można napawać się zwycięstwem. Ale czy cała wojna? Czy Studentce starczy sił na cztery podobne starcia?

Myślicie, że to się tak ładnie skończy? Takie eleganckie pytanie retoryczne jako pointa całości. Nie. Tak być nie będzie. Dziś, 2 października Roku Pańskiego 2009, Studentka już wie, że nie starczy jej sił już na nic. Zużyła ona bowiem cały wewnętrzny djurasel na poszukiwania idealnych butów. Jak zawsze- zwykłych, prostych butów. Ot- skórzane, na obcasie, z cholewką. Nie za miliard. I nie Diechmanna. (Burzowa chmura celuje w zadek Goofy'ego dotkliwymi piorunami kulistymi). Jak się okazuje- przy stałej temperaturze 5,54 st. Celsjusza, opadach zimnych a dotkliwych, zawierusze wietrznej i ogólnej meteorologicznej degrengoladzie- sklepy obuwnicze proponują klientom fioletowe sandałki i cekinowe baleriny. Albo kozaczki ze sztucznego tworzywa za 399,99pln. Upadam na duchu. Tylko czemu zawsze przywodzi mnie do tego branża obuwnicza?! Czemu?!
I tym oto tragicznym wołaniem skończę moje rozważania o zwykłych kolejach losu zwykłej studenki w początkach października.
Mimozami (tum tum) jesień (tum tum) się zaczyyyna!
Miłego wieczoru.



*cytat z chorwackiej pani przewodnik

3 komentarze:

Krzysztof pisze...

Od ogółu do szczegółu (a maiori ad minus) to nie zasada filozoficzna, a dedukcyjne wnioskowanie logiczne! :))

Bardzo obrazowa scenka. Ja nie ume tak ładnie opisywać. Jak miło, że przypomniałaś Henię. :)

Pasqui pisze...

Henia była śmieszna. A przypomnij mi, Mój Drogi, kto wymyślił logikę i jaka nauka stanowi jej podstawę?

siorb pisze...

mnie branża obuwnicza również regularnie doprowadza do frustracji.. ;(