niedziela, 9 stycznia 2011

Witaj Nowy Roku 2011

Najgorętszy moment semestru - inżynierka, zaliczenia, sesja za pasem...a zza węgła hyc-hyc wena wyskakuje! Jak również wyskakuje, wyłania się, wypływa, wylewa się uszami co najmniej miliard innych rzeczy, które niespodzianie odrywają mnie od działalności naukowej. Cóż tu począć? Znikąd pomocy, ni motywacji. W domu rodzinka...
- Nie no, najpierw musisz coś zjeść, a tak przy okazji to pranko czeka na ciebie w pralce...-Powiada Mama zgarniając teczki na zajęcia z translatoryki konsekutywnej z elementami czegośtam.
- Ej, a kiedy będzie najnowszy odcinek? A zrobisz mi usta jak Lady Gaga? - do mojego pokoju, jak stado dzikich słoni wpada Siostra
- Spokojnie, córeczko, wiesz - tao. A tak przy okazji - masz dla mnie jakieś sny? - Tata odrywa się na moment od lektury n-tego dzieła Junga.
Toteż jem barszcz, rozwieszam majtki, ściągam odcinki, opowiadam sny.
I jeszcze...sprawdzam pocztę. I jeszcze...poczytam co tam u znajomych słychać. O jakie fajne zdjęcia. O kotki na jutjubie.
Dobrze, już mogę pisać.
O, trzeba wybrać stołki do kuchni (już za chwilę będą NAM potrzebne). I paznokcie opiłować. O, i jeszcze...

W końcu zalana potokiem drobnych spraw - daję za wygraną. Pozwalam myślom krążyć swobodnie. A gdzież one podążają?
Scena 1
Wytłumione wnętrze pociągu. Ciepła cisza. Pusto. Jest 23. Jedziemy, wraz z Ukochanym i P. na szampańską zabawę sylwestrową w najlepszym bodaj miejscu na takie rzeczy, czyli w centrum kochanej stolicy.
W mojej torebce chlupocze wesoło napoczęta butelka martini. Obok szeleści kurtką Ukochany. Milczy P. Jedziemy. Ciekawe co się będzie działo?

Scena 2
Ciemny park rozjaśniają lampy powieszone na drzewach. Jesteśmy pijani chłodnym powietrzem. Zbiegam ze schodów śmiejąc się na całe gardło, bo tuż obok panowie - przyszli naukowcy czy radcy komicznie zsuwają się z zaśnieżonej skarpy. Młodość.

Scena 3
Pochylam się nad ekranem laptopa, żeby włączyć jakąś muzykę, która w końcu zgromadzi kogoś na parkiecie. Popijam ze szklanki. Bujam się. Szukam wzrokiem kompanii, ale gdzieś się pochowała. Tańczę sama. Szwendam się po mieszkaniu. Powiewam sukienką. Ciągle jeszcze nie potykam się o własne nogi - jest dobrze. Trafiam do kuchni. Dolewam sobie. Dolewam komuś. Rozmawiam. Dolewam. Przestaję kontrolować to, co mówię. Słowa wypływają sobie swobodnie ze znieczulonych ust o smaku martini i Sprite'a. Kocham was ludzie. Piękni, piękni ludzie. Młodzi. Mądrzy. Pociągająca przyszłość tego kraju. Baw się i hulaj. Jestem Chochołem na tym dancingu.

Scena 4
-To co już?
-Już.
-Dziesięć! Dziewięć! Osiem! Siedem! Sześć! Pięć! Cztery! Trzy! Dwa!Jeden! Wooooooooooooooooo!
Plątanina butelek, włosów pachnących perfumami, kolczyków migoczących w świetle zimnych ogni, gładkich policzków, cienkich koszul, rąk, śmiechów. Ekstatyczna orgia ludzi, którzy nie boją się upływu czasu. My mamy czas.

Scena5
Ukochany gra na pianinie próbując zagłuszyć oldschoolowe funky dudniące w sąsiednim pokoju. Ludzie na kanapach. Podłodze. Ja na biurku.
-Nanana nanana nanananana poker fejs!
Jego ręce w tajemniczy sposób biegają po klawiszach. Muzyka. Czemu ja tak nie umiem?
Dośpiewuje słowa do melodii.
Skąd znam słowa? - pytam sama siebie ciągnąc kolejny łyk z kieliszka.
Czemu ja śpiewam? Ja nigdy nie śpiewam. Nie umiem. Boję się. Fałszuję. Ale, mój Boże, ja śpiewam! Przy ludziach! I to Poker face!
Jestem pijana.
Muszę pić dalej.
Can't read my! Can't read my...

Scena6
- Bo najlepsze imprezy są w kuchni - stwierdzam i dosiadam się do stoliczka w kuchni. Dolewam sobie i biorę z torebki garść szatańsko niezdrowych chipsów, którymi brudzę się cała. Cała jestem wirująca i sparaliżowana równocześnie.
Chips. Chrup Chrup Chrup - słyszę w mózgu echo pochłanianego konserwantu.
- No i jak-tam-co-tam? - pytam i pochłaniam kolejnego chipsa.
Gadamy o niczym. Nie o Nietzschem. Chociaż nie omijamy Freuda. Te kompleksy, lateksy, fantazje, animozje...

Scena7
Kuchnia opustoszała. Zostaję ja i Odwieczny Kumpel.
On z winem, ja z herbatą. Ale i tak huczy mi w głowie. I w sercu. Iw duszy.
Rozmawiamy poważnie i pijacko. Nawet nie wiedziałam czy mi takie rzeczy przejdą przez gardło. Jak dobrze, że to nie gimnazjum. Można legalnie się napić i zwalić szczerość na procenty. Nigdy nikomu nic. Sza.
Piąta.
Szósta.
Siódma.

Scena 8
Ósma.
Umieram. Bóg Kaca przyszedł mnie ukarać. Oddaję mu pokłon, by złożyć należną ofiarę w postaci treści żołądka, skrapiam swe lico czarnymi łzami na znak pokuty i postanowienia poprawy.
A teraz, Boże Kaca, pogadaj z Bogiem Taksówek, żeby przyszedł nam z pomocą, bo giniemy!

Scena9
Modły wysłuchane. Wczołguję się po schodach do mieszkania. Rzucam torbę. Dopadam do wanny. Zmywam kleistą woń imprezy. Tabletką musującą płoszę ból głowy. Wylewam się razem z kąpielą, wycieram pobieżnie. Zasłaniam okna, wpełzam pod koc.
Zasypiam.

Scena 10
Śpię.
Witaj Nowy Roku 2011!

sobota, 11 grudnia 2010

Moment chwały.

Wydaje mi się, że każdemu zdarza się kolekcjonowanie "szczęśliwych chwil" i odtwarzanie ich później w jakości HD we własnej głowie. Wszystko staje się doskonalsze, bardziej kolorowe, ma przestrzenny dźwięk, a my sami - piękniejsi. Mamy porcelanowo gładką cerę, ładniejsze ubrania, bielsze uśmiechy. Polerujemy te nasze małe trofea, aż z brązowych robią się złote. Zwolennicy prawdy ponad wszystko zakrzykną zaraz - Bzdura! Należy rzeczy pamiętać dokładnie takimi, jakimi były! Reszta to kłamstwo!
Ale czy taka "reporterska prawda" przynosi taką samą radość, jak nasze "wersje reżyserskie" przeszłych zdarzeń?

Przy okazji wielogodzinnego ślęczenia na Facebooku, natrafiłam przypadkiem na stronę "Pudelka Festiwalowego" czyli brukowego bloga o życiu szkoły w czasie Festiwalu Teatralnego w Kochanym Czackim. Z zazdrością oglądałam młode ciała obfotografowane skrupulatnie w czasie różnorodnych imprez i wydarzeń, okraszone dowcipnym (mniej lub bardziej) komentarzem.
-To było życie!- zakrzyknęła we mnie moja Wewnętrzna Babcia
-Nie tak dawno temu... - szepnęła Współczesna
-Ach, czar festiwalu! Te zabawy, przedstawienia, uśmiechnięci ludzie, imprezy, wygłupy na próbach!
-Momencik, to tylko jedna strona medalu...- nie poddawała się w bezlitosnym obiektywizmie Współczesna.
I miała rację. Kiedy teraz wysilam przeładowaną informacjami korę przedczołową, przypominam sobie, że z tym teatrem nie było wcale łatwo. Po paru spektaklach zrobionych z moim pozaszkolnym Teatrem Dominikańskim, miałam głębokie przeświadczenie, że znam się na teatrze jak mało kto. Festiwal przyciągnął mnie do tego liceum - po latach bycia najsłabszym ogniwem w klasie, chciałam, do diaska, wreszcie zaistnieć. Nie to, żebym marzyła o międzynarodowej sławie. Wystarczyłoby aby ktoś chociaż raz przyznał mi rację. Uznał, że coś umiem. Żebym mogła pokazać, zduszoną w czarnych, ciuchach osobowość postrzelonej artystki.
Pierwsza klasa. Od pierwszego dnia, w mojej głowie obsadzałam ludzi w różnych rolach.W moim wizjonerstwie i uporze musiałam przypominać Rachel -straszliwie denerwującą szkolną diwę in spe z muzycznego serialu Glee. Chciałam wszystko doskonale zaplanować i pokierować zespołem. Widziałam epickie, śmieszne, ale niegłupie i, przede wszystkim, fantastycznie zagrane Poskromienie złośnicy. A co na to moje Katarzyny i moi Petruchio? Mieli dla mnie, miast reżyserskiego stołka, kubeł zimnej wody. Nie. I już. Bo Szekspir jest zgrany. Sztampowy. Nieśmieszny. Robimy co innego. Moje ego zabulgotało złowrogo jak przypalająca się wojskowa grochówka. Zacisnęłam zęby i robiłam co mogłam, by to inne przedstawienie uratować przed totalną klapą, która była (wtedy moim zdaniem) nieunikniona. W efekcie, pomimo kilku osobistych porażek (kostiumy, muzyka, światło - chciałam mieć wpływ na cokolwiek, nawet jeśli nie miałam o tym pojęcia) - na scenie bawiłam się nieźle. Spektakl nie wygrał, ale był bardziej przyzwoity niż sama chciałam się przed sobą przyznać. A co wygrało?- spytacie (jeśli nie jesteście czackiewiczami). Wygrało Poskromienie złośnicy, wystawione przez równoległą klasę.

Klasa druga. Marta Sz. obrażona na świat, który wyznaczył jej epizodyczną rolę czarnoskórego tubylca (Kalamala fatanga!- do dziś pamiętam ten tekst) i przerażona wizją spektaklu wg. Witkiewicza, schodzi do podziemia i pomaga kolegom w spektaklu pozakonkursowym. Pokusa jest zbyt silna - dobieram się do reżyserii, kostiumów, muzyki, scenografii, aktorstwa, ruchu scenicznego...I nic. Dzieło przechodzi bez echa. Za to gdzieś z tyłu głowy słyszalny jest ten dźwięk.

Klasa maturalna- ostatni festiwal i ostatnia szansa. Uparty chudzielec nie daje za wygraną, i poczekawszy, aż klasa pochłonięta problemami natury naukowej, ocknie się w ostatniej chwili bez scenariusza, podrzuca im swoje kukułcze jajo. Sztuka "Clowni" - zabawna i refleksyjna, alternatywna, ale bez golizny. W sam raz. Do tego, Widmo Matury unoszące się nad wodami, zdezaktywowało możliwych oponentów, którzy wetknęli nos w książki.
-Ja! Teraz ja! Ja wam pokaże! Ja zrobię taką sztukę, że wam w pięty pójdzie! - zarzekało się moje ego szybując gdzieś w okolicach sufitu.
Rozdane role, wymyślone kostiumy i scenografia - zacieram rączki z zadowoleniem. Lecz niestety, moje gromkie Do pracy, rodacy! odbiło się od pustych ścian klasy, kiedy na jednej z z prób pojawiło się jakieś 3/16 obsady. Dotarło do mnie bardzo boleśnie - ludzie mają ważniejsze sprawy niż teatr. Przecież dla mnie, to było jak powietrze! Nie mieściło mi się w głowie, że komuś może się nie chcieć, skoro ja frunę do szkoły jak na skrzydłach upojona myślą o spektaklu! Zdołowana prowizorką, spóźniającymi się aktorami, smętnie zwisającymi kostiumami i ostrą konkurencją, w pewnym momencie, niemal filmowo, siadłam w kącie roniąc łzy rozpaczy na wygnieciony scenariusz. Megalomania ostatecznie pokonana.
Godzinę przed przedstawieniem nie mieliśmy muzyki, części rekwizytów, jednej aktorki (korki), a przede wszystkim pewności siebie. Dygotałam na całym ciele. Nie mogłam oddychać z powodu clownowego nosa ze śmierdzącej gąbki. Znów, bardzo filmowo, na moment przed wejściem na scenę, staliśmy wszyscy w przebieralni sąsiadującej z salą. Zimne ściany. Bałagan dookoła. Ściśnięty ze strachu żołądek. Ktoś mówi - Damy radę. Obejmujemy się w kółku i wydajemy z siebie dziki okrzyk, który rozładował napięcie, a dał nam taki zastrzyk adrenaliny, jakiego nigdy nie doświadczyłam.
Samego spektaklu nie pamiętam. Tylko to uczucie płonących policzków - od reflektorów i ze strachu. Wzrok któregoś z nauczycieli siedzących w pierwszym rzędzie. Drobinki kurzu wzbijające się przy każdym ruchu w prześwietloną czerń ponad sceną. Małe konstelacje gwiezdne na moim prywatnym niebie.

Notowania sztuki były różne. Z zapartym tchem czytałam recenzje w gazetce. Czekając na ostateczny werdykt (który miał nadejść parę dni potem) czułam się jak pacjent z podejrzeniem nieuleczalnej choroby, czekający na lekarza na szpitalnym korytarzu. Gdybym paliła - z pewnością wypalałabym po dwa papierosy na raz.
Wokół Gali, na której ogłasza się wszystkie nagrody, robi się w szkole wielkie halo. Wejść na salę jest już niezłym wyczynem - każdy chce tam być, każdy chce poczuć atmosferę suspensu (a po kilku godzinach w maleńkiej, kiepsko wentylowanej sali gimnastycznej pełnej uczniów, faktycznie - atmosfera gęstnieje do konsystencji kisielku Słodka Chwila rozrobionego w łyżeczce wody).
Oto jestem. Czekam. Nie ma w tym nic pięknego. To nie jest wypolerowany klejnot mych wspomnień. Strach. Nadzieja. Tylko nie mówić o niej głośno. Żeby nie zapeszyć! Pamiętam nawet, że byłam ubrana kiepsko: pasiasta koszulka i jeansy - nic eleganckiego. Tylko perły na zachętę.
Kolejne nagrody indywidualne. Werdykty. Wybuchy radości. Czekam. Pocę się. Obgryzam paznokcie.
Dobrze. Pora na nagrodę główną. Mój siedemnastoletni świat stanął. Drobinki kurzu w smudze światła. Na jej końcu staje juror. Patrzę na jego długi cień. Przełykam ślinę. Ściskam rękę K., który stoi obok mnie.
Juror podnosi mikrofon do ust.
- Ta sztuka nas poruszyła, werdykt jest jednogłośny.
I tu nastąpiła najdłuższa chwila ciszy...ever! We mnie emocje szaleją jak huragan Katrina w Nowym Orleanie. Wygramy. Nie wygramy. Nie, nie możemy wygrać. A może? Nie, na pewno nie.
Sala ucichła. Powietrze zgęstniało do konsystencji betonu zbrojonego.
Promień światła. Juror z mikrofonem. Jedno słowo.
-Clowni.
Piękna chwila chwały. Nie to, co nastąpiło potem - dziki okrzyk aktorów i przyjaciół, kibiców, gratulacje, łzy szczęścia, które zmyły z mojej twarzy resztki makijażu, nieskładne ukłony na scenie, impreza w klubie, kiedy to w bezlitosnym ultrafiolecie okazało się, że mój częściowo zdrapany lakier świeci się idiotycznie na paznokciach...
Nie. Moją szczęśliwą chwilą jest moment, w którym usłyszałam to jedno słowo.
I tu nie ma żadnego oszustwa. To nie kłamstwo. To nie koloryzowani "Sami swoi" na Polsacie. Ta setna sekundy, w której tyle się mieści - strach i nadzieja, ciepła ręka K., kurz wirujący w smudze światła, głos. To zapamiętam po mojemu i będę tę chwilę trzymać z złotym pudełeczku na toaletce jak staroświecka dama.
Reszta niech będzie reporterskim mięsem. Proszę bardzo - zróbcie zbliżenie na moje podkrążone oczy i nieupudrowany nos, na moje humory, obrażanie się na cały świat, zarozumialstwo, rozczarowania, lęki. Mojego momentu chwały nikt mi nie zabierze.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Robin Hood

Jako kobieta z przeszłością lubię czasem powspominać czasy dawne, by dorabiając do nich nieco idyllicznej atmosfery, wyjaśnić sobie moje obecne, dziwne zachowania. Dziś, jadąc w wielokilometrowym korku pośród białej pustyni, która niegdyś zwała się SandCity, dokonałam przeglądu moich idoli wieku wczesnomłodzieńczego.
I jakiż wniosek? Wszystkie disnejowskie królewny przybrane w kolorowe krynoliny, otoczone stadkami uśmiechniętych zwierzątek na koronowaną głowę bije ten oto pan:

Czyli boski Robin Hood ze wspaniałego serialu z 1984 - fantastyczny scenariusz, piękne plenery, dobre aktorstwo i mistyczna muzyka Clannadu. To mnie, wtedy cztero-, może pięciolatkę przyklejało do telewizora. A jak od niego odchodziłam, to ciągle byłam w Sherwood. I to bynajmniej nie w powłóczystej sukni Lady Marion. Nie. Ja byłam Robin Hoodem - z łukiem na plecach, z Albionem przy pasie. Bohaterska, gotowa do walki, szlachetna, zwyciężająca zło mała dziewczynka z zaciętą miną. Nawet na podwórku wołali za mną "Te! Robin Hood, ho na trzepak!".
Potem, rzecz jasna, mi przeszło - pojawiły się żeńskie idolki ( Spice Girls - Boże spuść nogę i kopnij!), zmieniło mi się nastawienie do wszystkiego. Ale jednak - czasem czuję, że to we mnie zostało. Kiedy widzę, że ktoś niesprawiedliwie ocenia mnie, albo kogoś mi bliskiego, budzi się we mnie wewnętrzny Robin Hood i z zaciętą miną na twarzy wstaję i celuję z łuku do jakiegoś znudzonego życiem doktora habilitowanego. Ku chwale Herna! Uczucie jest fantastyczne, zwłaszcza, że tym uporem, a niekiedy i -przyznaję - arogancją i bezczelnością, zdobywam mój cel. Na świecie w końcu jest porządek.
Ocknąwszy się z tryumfalnych rozważań podbitych Gorillazowym Stylo, które fantastycznie wpisuje się w bohatersko-przygodowy charakter moich przemyśleń, zauważyłam, że coś jest nie tak. Otóż ja, Robin Hood, siedzę skulona i dygocząca na siedzeniu przezimnego autobusu, który stoi. Nic się nie dzieje. Krajobraz za oknem wciąż ten sam - biało biało białym pogania. Stoimy. Świst wiatru i gdzieniegdzie odgłos klaksonu. Wciąż stoimy. Zimno wwierca się w moje buntownicze dłonie, co z całą pewnością uniemożliwi strzelanie z łuku. Stoimy. Stoimy. Stoimy.
-Hm, ja tu siedzę i nic. Stoję sobie w korku, a tu życie ucieka. -Myśli Robin Hood we mnie - A w Chorwacji grama śniegu. Ludzie tam pewno chodzą w krótkich spódniczkach i balerinach. Słońce im świeci w okna. Błękitne morze im szumi. Powietrze pachnie piniami i rozmarynem. A tu? Zima. Korek. Marazm! Dosyć! To niesprawiedliwe! - wyje moja bohaterska strona duszy.
Zaczynam się wiercić. Wyglądam za okno. Zacieram ręce. Jeszcze raz wyglądam. Wzdycham. Mruczę parę niecenzuralnych wyrazów. Znowu wyglądam za okno. Nic się nie zmienia.
-Nnnno DALEJ!!!- pogania Robin - Co jest!!! Jedź, cholera jasna!!!
Ogarnia mnie pragnienie natychmiastowego działania. Ale za oknem zamieć, na uczelnię 10 km - już raz przerabiałam taki spacerek. Skończył się bolesną kontuzją stawu i zmęczeniem wręcz maratońskim.
- Ale coś trzeba robić. Koniecznie. Już zaraz. Tak robią bohaterowie!!
- złość wypływa ze mnie w postaci niechlubnych, marznących łez. Czuję się jak bokser wagi piórkowej, który stara się powalić Mike'a Tysona. A on patrzy na mnie z góry, rzuca pogardliwe 'Nice!' i odchodzi. Ja tego jednak nie zauważam. Dalej wytrwale okładam masę powietrza wokół mnie, i wyję przy każdym ciosie, bo nikogo nie mogę dosięgnąć.
Walczę z ogromną siłą potężnej, wschodnioeuropejskiej zimy, która wbrew alarmom ekologów, wcale nie znika. Krzyczę na śnieg. Chcę zdusić wiatr nadludzkim półnelsonem. Ostrzem miecza podwyższyć temperaturę do 20 stopni. Ale nie udaje się. To mnie przerasta. Kim więc jestem, jeśli nie Don Kichotem?

Ale dopóki zima trwa i morduje każdą weselszą myśl, każdy precyzyjny plan, każde spotkanie...będę walczyć! Do ostatniego ciepłego tchu, do ostatniego kawałka niezamarzniętego ciała, będę krzyczeć " ZIMO! GIERARY HIRR!"



czwartek, 25 listopada 2010

Never again

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tyle czasu minęło od ostatniego pismactwa. W między czasie zdążyłam zdobyć i stracić stanowisko pracy (żeby nie było - nie wywalili mnie za malowanie paznokci w pracy, tylko zlikwidowali punkt), napisać parę rozdziałów inżynierki, przeżyć kolejnego okropnego kaca, obejrzeć całe dwa sezony Twin Peaks (i zacząć się bać patrzeć w lustro), i zrobić najgorszy projekt w życiu.
Najgorszy ze względu na okoliczności pracy - mało czasu, duża trudność, duże wymagania, bardzo tnący się komputer...Ale też "najgorszy" pod względem ogólnej jakości tego cholernego produktu. Jak widzę te rozmazane piksele, te niedokończone przezroczystości, te zapomniane oznaczenia porzucone w paru miejscach planszy i jarzeniowe kolory, które wyszły takie, bo zapomniałam zapisać palet w CMYK. Demyt.
Ale już po wszystkim. Koniec psychoz, migren, analiz, kwerend, podkrążonych oczu, skal,tłustych włosów, warstw, tęskniących za życiem piątkowych wieczorów...Wracam do życia. Już nigdy więcej nie powtórzę tego błędu. Proszę mi na to nigdy nie pozwolić!

środa, 6 października 2010

Trzy zasady

Did they tell you, you should grow up when you wanted to dream
Did they warn you, better shape up if you want to succeed
I don't know about you, who are they talking to?
They aren't talking to me.
[Metric-Twilight Galaxy]

W czasach, kiedy moim ulubionym przyodziewkiem były lycrowe morskie leginsy i czerwone lakierki z kokardką, wydawało mi się, że dorosłość opiera się na trzech zasadach. Człowiek dorosły Zna Się Na Zegarku - wszystkiemu nadaje konkretne granice od-do. I umie tego dopilnować! Jakimś cudem WIE, ze upłynęła godzina 17 i trzeba wyjść z przedszkola. A przecież komu by zaszkodziło pobawić się jeszcze trochę. Nie pięć minut, nie piętnaście - po prostu TROCHĘ. Po drugie, dorosły Chodzi Do Pracy - ma tam do załatwienia miliony poważnych spraw, które czynią go godnym szacunku. Dostojnym. "Nie mogę z tobą iść po kasztany do parku. Muszę iść do pracy" - mówił tata, brał teczkę z ważnymi papierami, po których nie wolno było rysować i wychodził. Święte kartki do pracy, mocne, równe kroki na schodach - żadnego zeskakiwania z trzech schodków! Trzecia zasada to oczywiście to, że się Nie Płacze. Wtedy sądziłam, że z czasem traci się tę umiejętność tak, jak traci się mleczne zęby. Musiała mną kierować jakaś osobliwa logika. Przy codziennych awanturach o ubrania, kiedy to ja - pięcioletni feszyn wiktym - zalewałam się łzami z powodu przymusu noszenia skafandra zimowego miast letniej sukienki, słyszałam od mamy "Bądź dużą dziewczynką! Nie płacz jak mała dzidzia!". Bycie dużym zatem oznacza brak łez -więc kto pretenduje do tego miana, mazać się nie może. Dorośli są zorganizowani i twardzi, Znają Się Na Zegarku, Chodzą Do Pracy i Nie Płaczą.

Dzisiaj przeżywam poważną rewizję moich dziecięcych definicji. Po kilku próbach wpasowania się w ten model, widzę, że to nie jest takie proste. Ani takie dostojne. Ani przyjemne.
To nie ja Znam Się Na Zegarku (och, jaki to był wyczyn!) - to on zna się na mnie. Wie, kiedy się perfidnie pospieszyć (na przykład, kiedy mamy dosłownie godzinkę na szybką kawę i całusa, albo wyjeżdżamy na weekend), a kiedy wlec się straszliwie i surrealistycznie przelewać przez dziurki od klucza (wykłady, praca, jazda autobusem w korku). Przez manipulacje Zegara moją osobą tracę już wszelkie wyczucie - raz jestem za wcześnie, raz bardzo się spóźniam. Nie umiem rozeznać kiedy i jak zada następny cios - a im więcej się dzieje, tym więcej ma po temu okazji...
A to mityczne Chodzenie Do Pracy, które jako najważniejsze zajęcie dorosłych naśladowaliśmy w zabawach w dom? Najpierw trzeba Chodzić ZA Pracą - uśmiechać się, kalkulować, udawać, mówić głosem spokojnym, tłumić drżenie rąk. Kiedy się już ją znajdzie, Ona, na kształt żarłocznej ośmiornicy oblepiać każdy aspekt życia swymi mackami - wprowadza nowe zwyczaje, wymaga gimnastyki czasoprzestrzennej, zmusza do kompromisów z prywatnością, opakowuje każdą godzinę, metkuje dni, stempluje miesiące. I ciągle granice, kombinacje, wymagania - dasz palec, połknie całą rękę. I pół drugiej.
Ktoś powiedział mi kiedyś, że jestem twardziel jakich mało. Nic mnie nie ruszy - zawsze podnoszę głowę i idę dalej. Byłoby czym się chwalić, gdyby przyczyną tego stanu rzeczy była siła mojego charakteru, niezłomna wiara i optymizm. Nie. Idę dalej z kamienną twarzą i nie zalewam się łzami, bo w głębi duszy nie czuję nic. W trudnych chwilach mój umysł to biała, wyszorowana do Domestosem, idealna próżnia. Widzicie dzielną dziewczynkę, która przezwycięża przeciwności losu, nie rozpacza i szybko sobie radzi. Kataklizmy międzynarodowe, choroby, śmierć - a ona nic! No więcej takich twardych kobiet! A ja po prostu z niczym walczyć nie muszę - ja jestem Dexterem Morganem. Czasem aż się tego wstydzę, i trochę się boję, że ktoś zauważy. Na szczęście z pomocą przychodzi ciało, które w każdym aspekcie "żyje własnym życiem". Łzy prawdziwego smutku, które powinny płynąć z moich oczu, zastępowane są przez uciążliwe zawroty głowy i wielodniowe migreny. Rozpacz, żałobę, ponure wspomnienia, wymieniane są na niespodziewane skurcze żołądka, drżenie rąk i uderzenia gorąca. Jestem dorosła, więc Nie Płaczę.

W tym dziwnym stanie zawieszenia, kiedy to zaczynam odkrywać wątpliwe uroku standardowo pojętej "dorosłości", budzi się we mnie bunt. Chcę jak w piosence Bartosiewicz:
Gdy do przodu zegar rwie,
Ty ustaw się na nie i cała wstecz!(...)
Nie, nie zgadzaj się, by on
Dyktował każdy krok, więc cała wstecz!

Nagle, stwierdzam, że nie mogę być aż tak omotana przez piekielny sojusz Zegara z Pracą. W tym kokonie zaczynam się dusić - budzi się we mnie iskierka prawdziwej tęsknoty za niemal przedszkolną wolnością. Wbrew wszystkim zasadom muszę ją odzyskać - inaczej stracę siebie. Zaczynam się szarpać. Zrywać krępujące mnie nici. Przeskakiwać płoty. Palić mosty.
Walczę o to, by, nie zważając na czas, leżeć i patrzeć w błękitne niebo, albo zielone oczy. By móc rzucić wszystko i pójść do parku. Pojechać w gdzieś w Polskę. Głaskać kota w księgarni, zbierać kasztany, szyć sukienki, zapalać świeczki, oglądać filmy, jeść śniadania w porze obiadu, malować paznokcie, gotować grzańca, patrzeć na stare samochody, głaskać Cię po ręku, robić zdjęcia, słuchać przyjaciół, przypominać sobie zapach Chorwacji.
I wiem, że już wkrótce skończy mi się cierpliwość do kompromisów i przestanę z odmawiać sobie Życia w imię Dorosłości. Chcę przestać Znać Się Na Zegarku, Pracować Dla Siebie, Płakać Ze Smutku.
Decyzja podjęta.
Termin realizacji : grudzien 2010.

czwartek, 23 września 2010

Na krawędzi

Bywają takie chwile, kiedy każde, nawet najmądrzejsze, zdanie otrze się o banał. Kiedy brakuje wyrafinowanych cytatów wyłuskanych z głów filozofów czy teologów. Kiedy właściwie nic nie powinno się mówić, mimo że zapada ta krępująca cisza.
W tej ciszy wszystkie piękne, arystokratycznie zagmatwane sentencje urywają się w pół słowa, przecięte lodowatym ostrzem świadomości. W mojej głowie, zamiast łagodnych upomnień księdza Twardowskiego, pojawia się nagle bolesne To jest na prawdę. To tak jakby błądząc we mgle w ostatniej chwili, w niespodziewanym przebłysku słońca zorientować się, że tylko pół kroku zostało do przepaści. Zimny pot oblewa całe ciało. Z jednej strony ulga - tym razem się udało. Z drugiej, poczucie winy, kiedy spoglądając w dół widzi się tych, którzy nie mieli tyle szczęścia. Czy można było ich ostrzec? Albo chociaż się pożegnać? Powiedzieć coś. Cokolwiek. Można było, oczywiście. Tylko tak jesteśmy czasem zanurzeni w tej codzienności... W tej egzystencji śledzi w ławicy, tramwajów jeżdżących wciąż po tych samych trasach, bluszczu uparcie porastającego stare mury. Ten moment chwilowego oderwania - gwałtownego wynurzenia z wody, niespodziewanego urwania się toru, ścięcia starego pędu - to jest właśnie jedyny sposób uczczenia tych, którzy są już za krawędzią przepaści. Nie słowa, nie mocne postanowienia - od jutra kocham wszystkich! Samo to uczucie, ta do bólu prawdziwa groza towarzysząca zatrzymaniu kół zębatych machiny codzienności, jest więcej warta niż setki zniczy, kwiatów, kondolencji.


sobota, 11 września 2010

Chmura gradowa

Pogrążam się w ponurym lenistwie i w listopadowym letargu. Moje ciało chętnie zapadłoby już w sen zimowy po spożyciu dużej ilości zupy z igliwia, niczym rodzina Muminków. Wszystko we mnie wyczuwa zbliżające się miesiące dręczących do granic możliwości chłodów, opadów różnorakich, wiatrów sztormowych. A, i jeszcze bym zapomniała - problemów komunikacyjnych związanych z zimą zaskakującą drogowców. Zima nadejdzie już wkrótce, toteż rozpacz mnie ogarnia. Aby sięgnąć dna, od którego będzie można się ewentualnie odbić, przeżywam migreny, szwendam się po mieście nocami, wznosząc toasty za pomyślną gnuśność naszego świata, słucham muzyki smętnej do granic możliwości...Do tego podkrążone oczy, grymas na facjacie, rozciągnięty sweter i męczące nocami fantazje z tatuażami i figurami geometrycznymi w roli głównej.
Klasyczna kobieta w fazie "chmury gradowej" - bez kija nie podchodź. Na mój widok dzieci na podwórku chowają się w przestrachu za plastikowymi wiaderkami, szczeniaczki podwijają puchate ogonki i umykają do budy, paniom handlarkom na bazarze głos więźnie w gardle, zakonnice czynią dyskretny znak krzyża na zwiędłej piersi, a nieforemnym gimnazjalistom kredka spływa z powiek.
Przejdzie mi? Może. Jak przyjdzie wiosna. A na razie - kryj się kto może, bo ja mam ZŁY humor.