Teraz wszyscy używają wielkich słów. Ja nie jestem typem emocjonalnym - nie płaczę, nie histeryzuję, nie chcę filozofować. To jednak nie zmienia dziwnego uczucia, że jestem jedną z wielu bohaterek swoistego filmu katastroficznego. Niewyobrażalna skala i bliskość tego wydarzenia sprawia, że wydaje mi się ono być zupełnie nierealne. Kiedy dotyka się czegoś bardzo gorącego najpierw czuje się zimno - dopiero po chwili powolne neurony zawiadomią mózg jak bardzo się pomylił. Otóż ja teraz czuję zimno. Z każdym kolejnym nazwiskiem, które oznacza odrębną, powiązaną historię, przekonuję się, że to jednak...parzy.
To były czyjeś matki, siostry, synowie, przyjaciele, ukochani - i nawet jeśli nikogo z tej fatalnej listy nie poznałam osobiście, to ja tak samo mam mamę, siostrę, przyjaciół, ukochanego. Stracić kogoś tak bliskiego jest dla mnie po prostu przerażające.
sobota, 10 kwietnia 2010
niedziela, 4 kwietnia 2010
Wesołych!
czwartek, 25 marca 2010
Szczęśliwa meteopatka
Kraj nasz ojczysty nie jest krajem dla meteopatów. Jak pewnie Szanowni Czytelnicy pamiętają z lekcji geografii- ze względu na dziwne położenie, klimat Polski stanowi dziwaczną mieszankę wpływów atlantyckich (ciepła zima, kiepskie lato) i kontynentalnych (mroźna zima, gorące lato). Na nasze nieszczęście z tej osobliwej pary rodzi się smutna hybryda: mroźna zima i kiepskie, deszczowe lato. Klimat tzw. przejściowy, powinien mieć zatem nazwę klimatu przegranego, fail-climate. A im gorsza i bardziej zmienna pogoda, tym gorzej się mają meteopaci. Skąd to wiem? Cóż...każda chmurka płynąca beztrosko przez nieboskłon (słowo to dedykuję polonistce Tosziby - pani ta twierdzi, że takie słowo nie istnieje) powoduje u mnie bóle głowy, rozdrażnienie i melancholię. A chmurek tych na polskim niebie jest bez liku przez większą część roku.
Co jednak dzieję się w dni takie jak dziś, kiedy słońce nieskrępowanie operuje sobie promoeniami UVA i UVB, uwieszone na błękicie jak kryształ Swarovskiego w kształtnym uszku Paris Hilton? Przy tej prawdziwie letniej aurze, po straszliwej, długiej zimie, meteopaci doznają klimatycznej euforii. Dzięki wysokiemu ciśnieniu są pobudzeni jak po czterech espresso z Pożegnania z Afryką. Promieniowanie słoneczne przyprawia ich o szeroki uśmiech. Ciepły wietrzyk cudownie ogrzewa ich wątłe ciałka. Chce się żyć, tworzyć, ruszać z posad bryłę świata!
Czy to czegoś, Szanownym Czytelnikom, nie przypomina? Bo dla mnie, polonistki-korepetytorki, to jest to wręcz oczywista analogia do romantyzmu. Gdy deszcz, mróz, zawierucha - popadamy w skrajną ponurość i poszukujemy po domu ostrych narzędzi, trujących substancji lub grubych powrozów. Jednak kiedy przyjdzie upragniona wiosna stajemy się Chrystusami Narodów dumnie kroczącymi w szpilkach przez brudne ulice, aż się za nami oglądają murarze z pobliskich placów budowy. I jest pięknie. Gdyby więcej było takich dni w Polce (18 stopni, słońce, 1024 hPa), my meteopaci powiedlibyśmy naród ku świetlanej przyszłości pełnej błyszczących biurowców, nowoczesnych fabryk, urodzajnych pól, zagranicznych inwestorów i atrakcyjnych hostess w supermarketach. Pogoda jednak nam nie pozwala na tę uśmiechniętą rewolucję - lekkie ochłodzenie i już po całym mesjanizmie...
Lecz nie traćcie ducha, bracia meteopaci- wszak mamy globalne ocieplenie!
Co jednak dzieję się w dni takie jak dziś, kiedy słońce nieskrępowanie operuje sobie promoeniami UVA i UVB, uwieszone na błękicie jak kryształ Swarovskiego w kształtnym uszku Paris Hilton? Przy tej prawdziwie letniej aurze, po straszliwej, długiej zimie, meteopaci doznają klimatycznej euforii. Dzięki wysokiemu ciśnieniu są pobudzeni jak po czterech espresso z Pożegnania z Afryką. Promieniowanie słoneczne przyprawia ich o szeroki uśmiech. Ciepły wietrzyk cudownie ogrzewa ich wątłe ciałka. Chce się żyć, tworzyć, ruszać z posad bryłę świata!
Czy to czegoś, Szanownym Czytelnikom, nie przypomina? Bo dla mnie, polonistki-korepetytorki, to jest to wręcz oczywista analogia do romantyzmu. Gdy deszcz, mróz, zawierucha - popadamy w skrajną ponurość i poszukujemy po domu ostrych narzędzi, trujących substancji lub grubych powrozów. Jednak kiedy przyjdzie upragniona wiosna stajemy się Chrystusami Narodów dumnie kroczącymi w szpilkach przez brudne ulice, aż się za nami oglądają murarze z pobliskich placów budowy. I jest pięknie. Gdyby więcej było takich dni w Polce (18 stopni, słońce, 1024 hPa), my meteopaci powiedlibyśmy naród ku świetlanej przyszłości pełnej błyszczących biurowców, nowoczesnych fabryk, urodzajnych pól, zagranicznych inwestorów i atrakcyjnych hostess w supermarketach. Pogoda jednak nam nie pozwala na tę uśmiechniętą rewolucję - lekkie ochłodzenie i już po całym mesjanizmie...
Lecz nie traćcie ducha, bracia meteopaci- wszak mamy globalne ocieplenie!
sobota, 6 marca 2010
Pozwól mi wejść.
Od dłuższego czasu omijam w mojej bloggerskiej twórczości kwestie rodzinne - wiem, że kogoś może zaboleć i że nie wszystko jest tak proste, jak mi się zdaje. Wczoraj jednak naszło mnie kilka bardzo doniosłych refleksji. Pozytywnych, dlatego napiszę.
Tosziba jest uroczym, prawie dwunastoletnim dzieckiem. Jest dzieckiem, mimo iż jak każda dziewczynka w tym wieku, strasznie chce być prawdziwą nastolatką. Chwała Bogu, jeszcze nią nie jest, bo z takimi wyrostkami strasznie trudno wytrzymać (wiem, bo sama ledwo wytrzymywałam ze sobą). Moja siostra jest urocza niewątpliwie, ale na swój własny sposób. Nie przypomina zupełnie słodkich aniołków w barokowych kościołach, ani złotowłosych bobasków w reklamach niemieckich jogurtów. Jej urok polega na niefrasobliwości Kubusia Puchatka. Szuka czegoś, co leży tuż obok. Zasępia się nad dodawaniem. Z otwartą buzią pochłania kolejne filmy z Jamesem Bondem. Czasem nie zrozumie jakiegoś żartu i kiedy jej go wytłumaczymy wykonuje mistrzowski facepalm. i zaczyna chichotać pokazując zestaw dorodnych, mozolnie prostowanych zębów.
Skoro już jesteśmy przy wyglądzie, to muszę się podzielić pewną teorią. Po kilku ćwiczeniach z entomologii zauważyłam, że mimo, iż pan doktor surowo nam tego zakazał, niektóre cechy owadów można odnieść do Homo sapiens i odwrotnie. Takie, na przykład, przeobrażenie. Są ludzie, którzy niemal od urodzenia są niezwykle piękni, straszliwie szkaradni lub zupełnie przeciętni. W drodze do dorosłości tylko trochę rosną i nabywają drugorzędowych cech płciowych (albo i nie...ale to temat na osobny post). Zupełnie jak karaczany, nasi ulubieńcy spod lodówki. Po wykluciu z jaja przechodzą przeobrażenie niezupełne - parę razy linieją i zyskują właściwą formę. Są jednak dzieci, których twarze są zagadkowe. Nie można z nich wyczytać NIC na temat przyszłego wyglądu. One przejdą przeobrażenie zupełne. Metamorfozę. Do nich nalezy moja siostra (chociaż może to wynikać z tego, że cały czas jestem obok, nie widzę zachodzących z roku na rok zmian i nie mogę przewidzieć kierunku ewolucji).
Tosziba jest obecnie wesołą, zieloniutką gąsienicą. Natura złagodziła w niej wszystkie łuki, które mogłyby przeszkodzić w sprawnym przemieszczaniu się po naszej drogiej planecie Ziemi. Wyposażono ją również w bardzo pożyteczną umiejętność mimikry - dzięki swemu nieokreślonemu, słowiańskiemu kolorowi włosów Tosziba, w różnych okolicznościach raz może być blondynką,a raz brunetką. Do tego, jak każda gąsienica, moja siostra rośnie jak deficyt budżetowy w Grecji... Na razie zapamiętale wcina wiosenne listki, ale już wkrótce zaszyje się w swoim pokoju, zacznie nosić szare, workowate ciuchy i zapuści włosy do pasa. W tym kokonie posiedzi rok lub dwa, i któregoś dnia wyjdzie z niego zupełnie odmieniona, jako paź królowej lub rusałka pawik. Nie wiem jak to się stanie, ale wiem, że będziemy bardzo zdziwieni. Gdzieś w tych lekko uniesionych kącikach brązowych oczu, w tym trójkątnym podbródku, we wgłębieniu pod kolanem, w cieniu pod dolną wargą, w geście odrzucania z czoła za długiej grzywki...w tym wszystkim czai się ten zachwycający motyl. Ta przyszła przemiana mnie fascynuje i już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę ją pod rękę i razem pójdziemy podbijać warszawskie parkiety.
Toszibę lubią ludzie dobrzy. Ujmuje ich prostotą myślenia, lekką nieśmiałością, odruchową uczciwością. Może się wydawać nawet zbyt prostolinijna - ot taki pajacyk ułożony z kolorowych klocków Duplo, którymi starsze dzieci zazwyczaj pogardzają dając prym bardziej zaawansowanym Lego. Nic bardziej mylnego. Zaglądasz do środka, a tam - jajko Faberge!
Jubilerskie filigrany pokryte 24karatowym złotem, afrykańskie diamenty, chiński jedwab i szwajcarski mechanizm zegarowy z pozytywką wygrywający wszystkie kompozycje Bacha. Czasem udaje nam się przez chwile popatrzeć na ten głęboko skrywany skarb. W chwilach dziwnej refleksyjności wsypują się z mojej siostry poetyckie zdania. Zachwycają ją obrazy. Słucha muzyki. I robi to głębiej i piękniej niż my, bo poza samym zmysłem słuchu wykorzystuje słuchania duszę i umysł. Rozumie tajemnicze nutowe hieroglify. Więcej, ona te kody potrafi przełożyć na zrozumiałe dla nas, ciepłe dźwięki fletu. Wtedy, czuję się onieśmielona. Czuję się jak średniowieczny, niepiśmienny chłop wkraczający do gotyckiej świątyni - pełnej niezrozumiałych symboli i znaczeń. Boleśnie pięknej.
Dlatego kiedy wołam "Tosziba! Posprzątaj te papiery!", "Zabierz się za lekcje, leniu!" albo "Idź z psem, mała!" to tak na prawdę przecież chcę powiedzieć - "Pozwól mi wejść do swojego świata". Bo przecież jesteś z tych samych genów, z tej samej rzeczywistości, jesteś ulepiona z tego samego koloru plasteliny. A jednak jesteś jak nieodkryta wyspa na Oceanie Spokojnym, gdzie poza tajemniczymi tubylcami, znaleźć można rozbite samoloty, bunkry i niedźwiedzie polarne...
Tosziba jest uroczym, prawie dwunastoletnim dzieckiem. Jest dzieckiem, mimo iż jak każda dziewczynka w tym wieku, strasznie chce być prawdziwą nastolatką. Chwała Bogu, jeszcze nią nie jest, bo z takimi wyrostkami strasznie trudno wytrzymać (wiem, bo sama ledwo wytrzymywałam ze sobą). Moja siostra jest urocza niewątpliwie, ale na swój własny sposób. Nie przypomina zupełnie słodkich aniołków w barokowych kościołach, ani złotowłosych bobasków w reklamach niemieckich jogurtów. Jej urok polega na niefrasobliwości Kubusia Puchatka. Szuka czegoś, co leży tuż obok. Zasępia się nad dodawaniem. Z otwartą buzią pochłania kolejne filmy z Jamesem Bondem. Czasem nie zrozumie jakiegoś żartu i kiedy jej go wytłumaczymy wykonuje mistrzowski facepalm. i zaczyna chichotać pokazując zestaw dorodnych, mozolnie prostowanych zębów.
Skoro już jesteśmy przy wyglądzie, to muszę się podzielić pewną teorią. Po kilku ćwiczeniach z entomologii zauważyłam, że mimo, iż pan doktor surowo nam tego zakazał, niektóre cechy owadów można odnieść do Homo sapiens i odwrotnie. Takie, na przykład, przeobrażenie. Są ludzie, którzy niemal od urodzenia są niezwykle piękni, straszliwie szkaradni lub zupełnie przeciętni. W drodze do dorosłości tylko trochę rosną i nabywają drugorzędowych cech płciowych (albo i nie...ale to temat na osobny post). Zupełnie jak karaczany, nasi ulubieńcy spod lodówki. Po wykluciu z jaja przechodzą przeobrażenie niezupełne - parę razy linieją i zyskują właściwą formę. Są jednak dzieci, których twarze są zagadkowe. Nie można z nich wyczytać NIC na temat przyszłego wyglądu. One przejdą przeobrażenie zupełne. Metamorfozę. Do nich nalezy moja siostra (chociaż może to wynikać z tego, że cały czas jestem obok, nie widzę zachodzących z roku na rok zmian i nie mogę przewidzieć kierunku ewolucji).
Tosziba jest obecnie wesołą, zieloniutką gąsienicą. Natura złagodziła w niej wszystkie łuki, które mogłyby przeszkodzić w sprawnym przemieszczaniu się po naszej drogiej planecie Ziemi. Wyposażono ją również w bardzo pożyteczną umiejętność mimikry - dzięki swemu nieokreślonemu, słowiańskiemu kolorowi włosów Tosziba, w różnych okolicznościach raz może być blondynką,a raz brunetką. Do tego, jak każda gąsienica, moja siostra rośnie jak deficyt budżetowy w Grecji... Na razie zapamiętale wcina wiosenne listki, ale już wkrótce zaszyje się w swoim pokoju, zacznie nosić szare, workowate ciuchy i zapuści włosy do pasa. W tym kokonie posiedzi rok lub dwa, i któregoś dnia wyjdzie z niego zupełnie odmieniona, jako paź królowej lub rusałka pawik. Nie wiem jak to się stanie, ale wiem, że będziemy bardzo zdziwieni. Gdzieś w tych lekko uniesionych kącikach brązowych oczu, w tym trójkątnym podbródku, we wgłębieniu pod kolanem, w cieniu pod dolną wargą, w geście odrzucania z czoła za długiej grzywki...w tym wszystkim czai się ten zachwycający motyl. Ta przyszła przemiana mnie fascynuje i już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę ją pod rękę i razem pójdziemy podbijać warszawskie parkiety.
Toszibę lubią ludzie dobrzy. Ujmuje ich prostotą myślenia, lekką nieśmiałością, odruchową uczciwością. Może się wydawać nawet zbyt prostolinijna - ot taki pajacyk ułożony z kolorowych klocków Duplo, którymi starsze dzieci zazwyczaj pogardzają dając prym bardziej zaawansowanym Lego. Nic bardziej mylnego. Zaglądasz do środka, a tam - jajko Faberge!
Jubilerskie filigrany pokryte 24karatowym złotem, afrykańskie diamenty, chiński jedwab i szwajcarski mechanizm zegarowy z pozytywką wygrywający wszystkie kompozycje Bacha. Czasem udaje nam się przez chwile popatrzeć na ten głęboko skrywany skarb. W chwilach dziwnej refleksyjności wsypują się z mojej siostry poetyckie zdania. Zachwycają ją obrazy. Słucha muzyki. I robi to głębiej i piękniej niż my, bo poza samym zmysłem słuchu wykorzystuje słuchania duszę i umysł. Rozumie tajemnicze nutowe hieroglify. Więcej, ona te kody potrafi przełożyć na zrozumiałe dla nas, ciepłe dźwięki fletu. Wtedy, czuję się onieśmielona. Czuję się jak średniowieczny, niepiśmienny chłop wkraczający do gotyckiej świątyni - pełnej niezrozumiałych symboli i znaczeń. Boleśnie pięknej.Dlatego kiedy wołam "Tosziba! Posprzątaj te papiery!", "Zabierz się za lekcje, leniu!" albo "Idź z psem, mała!" to tak na prawdę przecież chcę powiedzieć - "Pozwól mi wejść do swojego świata". Bo przecież jesteś z tych samych genów, z tej samej rzeczywistości, jesteś ulepiona z tego samego koloru plasteliny. A jednak jesteś jak nieodkryta wyspa na Oceanie Spokojnym, gdzie poza tajemniczymi tubylcami, znaleźć można rozbite samoloty, bunkry i niedźwiedzie polarne...
sobota, 27 lutego 2010
Twist dwubiegunowy

Metro. Jak zwykle pod wieczór- lekki tłok, ale siąść można. Rozwalam się swobodnie na czerwonej kanapie i studiuję wnikliwie swoje odbicie w lustrze. Wierzbno. Tuż obok siada niewysoki Azjata w puchowej kurtce. Składa ręce na podołku jak archetypowa "Ciotka z Grójca" w autobusie PKS i celebruje podróż, zupełnie jak ja. Bije od niego przyjemna woń dobrze przysmażonego kurczaka w cieście po syczuańsku, z lekką nutą sajgonki i grzybków mun. W moim nad aktywnym umyśle pojawia się smakowita wizja wspaniałej uczty w piankowych pojemnikach, żołądek zaś, który nie jest zbyt zaawansowanym mówcą woła po prostu - Chinol mniam!*) Centrum. Wychodzę z wagonu nie sprawdziwszy nawet czy mam portfel, telefon i inne kosztowności. Przecież taki oto Człowiek Wschodu - łagodny niczym sos sojowy i porządny jak defilada armii - nie mógłby połaszczyć się na mój nędzny dobytek. Co innego, gdyby obok zasiadł, woniejący mielonym ze skwarkami czy fastfoodowym hamburgerem, Polak. Wtedy albo bym się przesiadła, albo przynajmniej dokładnie przeszukała zawartość torebki. Skąd ta wrogość do własnego narodu i popularnych specjałów kulinarnych? Ot, po prostu taki dzień. Zauważyłam bowiem, iż od jakiegoś czasu mój "smak" cierpi na chorobę dwubiegunową.
Przez większość czasu apetycznym wydaje mi się być wyłącznie kuchnia lekka i zdrowa- śródziemnomorska, hinduska, azjatycka. Ślinka cieknie mi na widok stosu warzyw z makaronem ryżowym, kurczaka po kaszmirsku z całym kardamonem; równo ustawione rolki kolorowego sushi zdają się uśmiechać do mnie z mahoniowej tacki (o tak: ^^ mangowo); penne z zieloniutkim pesto, to jak wiosna w środku straszliwej, kontynentalnej zimy...Mniam! Wszystko pachnie przyprawami, jest śliczne, jędrne, świeże, aldente, molto bene! Do tego zielona jaśminowa bez cukru w kamionkowym, minimalistycznym czajniczku, sok z brzozy w cieniutkiej szklaneczce albo wino gruzińskie pite z szerokiego kielicha. Co więcej, te upodobania przenoszą się na strój - starannie dobieram kolory, noszę same tkaniny naturalne, szlachetną biżuterię, pielęgnuję alternatywność w każdym aspekcie. Z muzyki wybieram wychudzonych Islandczyków, uśmiechniętych Afrykanów, natchnione Brytyjki, klasyków z Estonii, chill out z Radia PIN. Żyję w umiarkowanej harmonii ze światem: słoneczko śmieje się do mnie jak dobrotliwy cesarz, a ja kłaniam się w pas przed zieleniejącymi drzewami i nieco zdziwionymi przechodniami, którzy za Chiny (hihi) nie wiedzą, o co tu chodzi.
Lecz czasem, jak to śpiewał niezapomniany Wiesław Gołas w Kabarecie Starszych Panów- "...gdy spłynie mrok wieczorny/ typem staję się upiornym". Wtedy biorę pod rękę mego Lubego Kompana i udajemy się na obrzydliwie ogromne łasowanie w jednej z sieciowych restauracji amerykańskich, gdzie spożywamy globalistyczną strawę. Posiłek składa się z wielopiętrowej kanapki: dmuchanego azotem pieczywa, mrożonego w azocie uprzednio, a postaci właściwej smażonego wielokrotnie steku wołowego (Priony!), konserwowanych azotem bladych pomidorków, sałaty lodowej (zgadnijcie czym nawożonej? Tak, tak - azotem), ogórka pseudokiszonego, ketchupu, musztardy, majonezu...Pachnie to smakowicie, ale jakby też nieco atawistycznie. Pachnie mi jak zaszlachtowana sarenka wygłodzonemu neandertalczykowi. I jak ten uroczy prakuzyn rzucam się na mojego hamburgera - rozwieram szeroko jamę gębową i staram się prędko umieścić weń rąbek wysokiej jak Empire State Building, kanapki. Nie zawsze mi to wychodzi, toteż różnorodne luźne elementy posiłku lądują zgrabnie na mojej jasnej bluzeczce, czy świeżo upranych spodniach, w doborowym towarzystwie licznych sosów. To nie koniec uczty! Teraz następuje dopychanie żołądka, niczym walizki na półroczną podróż po Ameryce Południowej. Służą do tego frytki - wszystkie idealnie równe, z idealnie przemielonej pulpy ziemniaczanej, długo maczane w tłuszczowej kąpieli. Znów to samo - na ich widok odkrywam w sobie odmienne stany świadomości i jak niewychowany orangutan chcę zjeść wszystkie frytki na raz. W między czasie popijam najbardziej znany napój świata, tę kapitalistyczną ambrozję, o której śnili onegdaj moi rodzice, a która dziś wiedzie nas prostą dróżką do magicznej republiki Cukrzycy i Otyłości. Ale piję! Wysysam przez plastikową rurkę ten rozkoszny symbol śmierci z przeżarcia. Żeby to był koniec, ale nie. Posuwam się dalej w masochistycznej maestrii. Wkładam sobie w uszy niezdrowe słuchawki i nurzam się w odmętach dyskotekowych hitów, które opiewają kształtne pośladki rozwiązłych panien, czy też uroki palenia samodzielnie wykonanych papierosów z egzotycznych roślin. Porywają mnie mocne rytmy i elektroniczne fale docierające do samego rdzenia kręgowego. Wtedy to również, dopadam Bogu ducha winną koleżankę i zaciągam ją wieczorem do jakiegoś głośnego i możliwie najbardziej zadymionego miejsca w mieście stołecznym. Tamże wyczyniam bakchiczne tańce, które powodują, że moja poliestrowa bluzka rozciąga się niebezpiecznie w okolicach dekoltu. Wiruję wściekle popijając tequilę, w raz ze mną wirują moje ogromne, plastikowe kolczyki...
Budzę się. Przez okno macha do mnie słońce. Macha i woła - Namaste! Wkładam niebieski szlafrok i idę na do kuchni zrobić sobie zielonej jaśminowej.O szaleństwach dnia poprzedniego świadczy tylko resztka czarnej kredki pod lewym okiem. Wszystko wraca do normy, bo przecież:
Rano znów wstaję śliczny,
Liryczny i apetyczny.
To musnę coś jak jaskółka,
To usnę w słońcu jak pszczółka
Aż chmurki zbudzi mnie cień,
Bym brzęczał cały dzień...
----
*)Chcę od razu zaznaczyć, iż nie miał on na myśli niczego obraźliwego w stosunku to czcigodnych obywateli Państwa Środka. Tak już się utarło mawiać wśród warszawskiej młodzieży (ehehe).
P.S. To tak a propos jedzenia
piątek, 19 lutego 2010
Ratuj!
Zdaje się, że nie dotrzymam obietnicy i nie napiszę nic na temat życia w Les Orres. Rzeczywistość mnie dopada i muszę jakoś się z nią dogadać.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec uroczego lenistwa. Koniec oglądania miłych filmów w towarzystwie spokojnie zaparzonej kawy. Koniec wielogodzinnych śniadań z gazetą. Koniec malowania paznokci. Koniec czytania na kanapie. A co gorsza, koniec wspólnych drzemek popołudniowych (które i tak nam nie wychodziły...ale mniejsza z tym;), głupich rozmów na ucho o psach, kotach, ulubionych cytatach z filmów, o robalach, dzieciństwie. Koniec pochłaniania żelków, cieciorki prosto z puszki, odpijania sobie drinków, koniec z "Podasz mi prowansalskie?", albo "Gdzie są moje kapciuchy! Martucha, ratunku, daj mi kapciuchy!"...
Śmierć ławicy maleńkich spraw, chwil-kijanek, słów planktonicznych. Bolesna, ale naturalna - nie od toksycznych oparów czy plam ropy naftowej. Ot- ktoś nam z dna naszego oceanu wyjął korek i spuścił całą wodę. Te miłe drobiazgi wyparowały tak szybko, że nawet Green Peace nie zdążył zaprotestować.
Teraz ratuje się tworzeniem iluzji swobody - chadzam do kina, jem długie śniadania, maluję się co rano, czytam w łóżku wieczorem. Zbieram drobinki soli z tego oceanu i wcieram je skrupulatnie w skórę.
Chcę mieć dobry humor. Chcę mieć to amerykańskie "pozytywne podejście". Tylko jeśli znów wrócą syberyjskie mrozy i śniegi nieprzebyte...to czar pryśnie! I nawet długie pocałunki Księcia Walii nie ukoją mego rzężącego pesymizmu.
Na marginesie moich zapasów z rzeczywistością szwenda się literatura. Z braku pomysłu na dobrą książkę do torebki, sięgnęłam na półkę z niezawodnym i doskonale poręcznie wydanym Konwickim. Kalendarz i klepsydra powoduje, iż po raz kolejny patrzę w lustro z wyrzutem i mówię to tego anorektycznego cienia kobiety "Jak mogłaś myśleć, że Konwicki jest nudny! Heretyczka! Na stos! Na stos z nią!". Panie Tadeuszu Konwicki, oświadczam z całą mocą mego wątłego, 21-letniego umysłu, że byłam wtedy niepoczytalna! Oraz, że stwierdzenie "Konwicki jest nudny" padło w momencie straszliwego zamroczenia, niemal choroby psychicznej. Bo teraz, to ja na kolana padłam w swoistym Hołdzie pruskim dla Pańskiej prozy. Czytając Kalendarz i klepsydrę dosłownie co pół strony mam wrażenie, jakbym czytała swoje własne myśli! Na ten czas, dławiąca zazdrość mnie łapie. NAPISANE! Ktoś tak doskonale potrafił napisać, to czego ja w żaden sposób nie umiem...Wiem, wiem - talent, lata pracy, erudycja, wykształcenie. Ale to we mnie mieszka! Więcej - ma stałe zameldowanie. Jak mam się pozbyć tylu myśli, tylu uczuć, pomysłów, refleksji? Nie umiem nadać im formy, zamiast tego, gromadzę je jak dziecko kolekcjonujące wszystko, co znajdzie na podłodze.
Z tego właśnie wysypiska myśli wołam zatem do pana, panie Tadeuszu Konwicki:
- Ratuj! Ratuj moją potępioną literacko duszę!
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec uroczego lenistwa. Koniec oglądania miłych filmów w towarzystwie spokojnie zaparzonej kawy. Koniec wielogodzinnych śniadań z gazetą. Koniec malowania paznokci. Koniec czytania na kanapie. A co gorsza, koniec wspólnych drzemek popołudniowych (które i tak nam nie wychodziły...ale mniejsza z tym;), głupich rozmów na ucho o psach, kotach, ulubionych cytatach z filmów, o robalach, dzieciństwie. Koniec pochłaniania żelków, cieciorki prosto z puszki, odpijania sobie drinków, koniec z "Podasz mi prowansalskie?", albo "Gdzie są moje kapciuchy! Martucha, ratunku, daj mi kapciuchy!"...
Śmierć ławicy maleńkich spraw, chwil-kijanek, słów planktonicznych. Bolesna, ale naturalna - nie od toksycznych oparów czy plam ropy naftowej. Ot- ktoś nam z dna naszego oceanu wyjął korek i spuścił całą wodę. Te miłe drobiazgi wyparowały tak szybko, że nawet Green Peace nie zdążył zaprotestować.
Teraz ratuje się tworzeniem iluzji swobody - chadzam do kina, jem długie śniadania, maluję się co rano, czytam w łóżku wieczorem. Zbieram drobinki soli z tego oceanu i wcieram je skrupulatnie w skórę.
Chcę mieć dobry humor. Chcę mieć to amerykańskie "pozytywne podejście". Tylko jeśli znów wrócą syberyjskie mrozy i śniegi nieprzebyte...to czar pryśnie! I nawet długie pocałunki Księcia Walii nie ukoją mego rzężącego pesymizmu.
Na marginesie moich zapasów z rzeczywistością szwenda się literatura. Z braku pomysłu na dobrą książkę do torebki, sięgnęłam na półkę z niezawodnym i doskonale poręcznie wydanym Konwickim. Kalendarz i klepsydra powoduje, iż po raz kolejny patrzę w lustro z wyrzutem i mówię to tego anorektycznego cienia kobiety "Jak mogłaś myśleć, że Konwicki jest nudny! Heretyczka! Na stos! Na stos z nią!". Panie Tadeuszu Konwicki, oświadczam z całą mocą mego wątłego, 21-letniego umysłu, że byłam wtedy niepoczytalna! Oraz, że stwierdzenie "Konwicki jest nudny" padło w momencie straszliwego zamroczenia, niemal choroby psychicznej. Bo teraz, to ja na kolana padłam w swoistym Hołdzie pruskim dla Pańskiej prozy. Czytając Kalendarz i klepsydrę dosłownie co pół strony mam wrażenie, jakbym czytała swoje własne myśli! Na ten czas, dławiąca zazdrość mnie łapie. NAPISANE! Ktoś tak doskonale potrafił napisać, to czego ja w żaden sposób nie umiem...Wiem, wiem - talent, lata pracy, erudycja, wykształcenie. Ale to we mnie mieszka! Więcej - ma stałe zameldowanie. Jak mam się pozbyć tylu myśli, tylu uczuć, pomysłów, refleksji? Nie umiem nadać im formy, zamiast tego, gromadzę je jak dziecko kolekcjonujące wszystko, co znajdzie na podłodze.
Z tego właśnie wysypiska myśli wołam zatem do pana, panie Tadeuszu Konwicki:
- Ratuj! Ratuj moją potępioną literacko duszę!
niedziela, 14 lutego 2010
Les Orres bizarres.
To zdjęcie doskonale oddaje klimat feryjnego wyjazdu.
Jak co nieco ochłonę, to postaram się opisać bardziej smakowite epizody ze studenckiego życia w Alpach takie jak :
-Narty w Toalecie,
-Złowieszczy Kiosk,
-Przemowy Psycho-Staszka,
-Klucze w Sosie Cebulowym czy Moving Party...
Inne historyjki pozostawię tylko dla siebie. Dla nas.
Było fajnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)